Browsing Category

Rozwój osobisty

Długie milczenie i zwrot w życiu

Zaliczyłam kolejny niezwykle długi przestój w pisaniu na blogu :). Ostatni post opublikowałam 24 maja, czyli 4 miesiące temu! Ale ile rzeczy się wydarzyło w tym czasie w moim życiu nie sposób opisać w jednym poście.

Zwolniłam się (już drugi raz :D) z pracy, która mimo, że dawała duże zarobki i swobodę nie możliwą do osiągnięcia nigdzie indziej, najzwyczajniej w świecie nie dawała mi satysfakcji. Spędzanie 6-8 godzin dziennie przed komputerem i monotonia zajęć mocno dawały mi się w kość i ciężko mi było zaakceptować taki stan rzeczy.

Co prawda dzięki pracy w 100% zdalnej wypracowałam sobie pewne zwyczaje, które sprawiały, że było mi trochę łatwiej funkcjonować na stanowisku, które w ogóle do mnie nie pasuje. Jednak ciągota mojego serca do czegoś bardziej spełniającego i mniej monotonnego była nie do powstrzymania.

Tak więc zrobiłam to. Zwolniłam się po raz drugi z tej samej firmy i tym razem nie wylądowałam w korpo betonie jak poprzednim razem. 12 czerwca założyłam własną firmę. 21 lipca skończył mi się okres wypowiedzenia w 10Clouds. Czy wiedziałam, że chwyci? Nie wiedziałam. Byłam nastawiona na zarobki rzędu 1000-2000zł przez pierwsze długie miesiące. Na początku miałam wątpliwości czy kiedykolwiek będę mogła się znowu cieszyć swobodą finansową taką jak w 10Clouds. Ale uznałam, jak nie teraz to kiedy? Jak zdecydujemy się na dzieci już nie będę mogła podjąć tak odważnej decyzji. Ile jeszcze lat mogę tkwić w stanie „tymczasowego” zajęcia zawodowego czekając na dobrym moment na wystartowanie czegoś własnego?

Rzeczywistość okazała się dla mnie bardzo łaskawa i zarobki bardzo szybko okazały się wyższe niż w mojej starej pracy. W wakacje zarobiłam na to, by sobie komfortowo odpocząć trochę na jesieni i szykować się na kolejne uderzenie na święta. Czy się uda? Mam nadzieję. Taki jest właśnie urok pracy na własny rachunek, że nigdy tak do końca nie wiadomo ile się uda zarobić i co chwyci, a co nie :).

Pierwsze sensowne pieniądze zarobione na handlu, a nie na pracy najemnej były niezwykle wyzwalające. O ile wcześniej umiałam zarabiać tylko i wyłącznie sprzedając swój czas, teraz wiem, że dam radę zarabić też w inny sposób :). Nie zależny tak ściśle od ilości poświęconego czasu. Napiszę więcej o tym w osobnych postach.

Brak energii mimo sukcesów, niespodzianka i kolejny zwrot w życiu 🙂

W sierpniu mimo, że firma kwitła i przekroczyła moje oczekiwania kilkunastokrotnie, miałam bardzo mało energii. Dużo pomysłów, ale realizacja najmniejszych z nich okazywała się ogromnym wyzwaniem. Nie za bardzo rozumiałam skąd u mnie taka niemoc twórcza, ale wszystko się okazało 31 sierpnia.

Spodziewamy się z moim narzeczonym dzidziusia :). Cały wrzesień niestety przeleżałam, byłam ogromnie zmęczona i osłabiona. Jedyne co byłam w stanie robić to obsługiwać tzw. „bieżączkę” w firmie – pakować paczki, odpowiadać na maile i telefony, realizować zwroty i wymiany i ogarniać kwestie księgowe. A to też z dużym wysiłkiem.

Dopóki nie zaszłam w ciążę, nie miałam pojęcia jak ogromnym wysiłkiem dla organizmu kobiety są pierwsze miesiące ciąży. Z zewnątrz jeszcze nic nie widać, ale w środku każdego dnia z niczego powstaje malutki człowieczek, jego mózg, nerki, mięśnie :). Moje samopoczucie w tym okresie moża porównać do samopoczucia podczas grypy – ciągłe zmęczenie, osłabienie, problemy z koncentracją. Tylko zamiast kaszlu i kataru, mdłości i wymioty :). Ale teraz jakoś powoli nabieram na nowo sił, mdłości prawie całkiem ustąpiły. Mam nadzieję, że ten przypływ sił zostanie mi już na stałe i dam radę przygotować coś ekstra na okres świąteczny w mojej firmie i pisać chociaż raz na miesiąc na blogu. Teraz jeszcze mamy na głowie organizację ekspresowego ślubu i mini przyjęcia weselnego, więc zajęć jes tyle, że ho ho :).

Moje sposoby na bezsenność

Z tego co pamiętam już jako dziecko miałam tendencję do przesiadywania wieczorami i ciężko było mnie zagonić do łóżka. Pamiętam jak w podstawówce czytywałam w nocy po kryjomu, bo nie mogłam zasnąć z ciekawości co będzie dalej w książce. Mój umysł był rozbudzony i chętny do działania. W gimnazjum często przesiadywałam przed komputerem po nocach, uczyłam się, pisałam lub czytałam. W drugiej i trzeciej klasie liceum rzadko kiedy udawało mi się usnąć wcześniej niż o 3 w nocy. Głowa mi pękała od myśli i pomysłów a serce rwało się do działania. To właśnie w godzinach nocnych miałam mega przypływ sił do działania i pracy twórczej. Bardzo na tym cierpiała niestety moja frekwencja na zajęciach i skupienie na lekcjach. Po zaledwie 3-4 godzinach snu często nie byłam w stanie się obudzić i przyjść na 8 do szkoły. Często z tego powodu nie spałam w nocy w ogóle. Wiedziałam, że jeśli się położę, to zaśpię. Można by powiedzieć, że urodziłam się typową sową i nocnym markiem, w ogóle nie dostosowaną do aktywności w godzinach porannych.

Jednak pomimo tego, że mój umysł ma skłonności do aktywności w godzinach nocnych, o wiele lepiej fizycznie i psychicznie czuję się jednak funkcjonując tak jak to urządziła natura. Ciemność pobudza nasz umysł do produkcji melatoniny, która sprawia, że jesteśmy senni. Gorzej widzimy po ciemku niż w jasności. Z natury wszyscy jesteśmy dostosowani do spania w nocy i aktywności w dzień. Dopiero sztuczne oświetlenie umożliwia nam bycie „nocnym markiem” czy „sową”.

Nie wiedzieć czemu mimo tych naturalnych skłonności do przesiadywania po nocach bardzo silna była we mnie potrzeba unormowania swojego rytmu dobowego i wstawania rano. Co ciekawe mój brat ma dokładnie tak samo jak ja. Żeby zrealizować w końcu moje wieloletnie pragnienie zaczynania dnia wcześnie z energią i radością musiałam sobie poradzić z bezsennością i karuzelą myśli i emocji, które spędzały mi sen z powiek ;).

Obecnie szczęśliwie bezsenne noce zdarzają mi się niezwykle rzadko. Od początku tego roku staram kłaść się jeszcze przed północą i udaje mi się wstawać między 7 a 9. Obecnie jako naturalna uplasowała mi się 8:30. Dla mnie, osoby z takimi a nie innymi tendencjami i pracującej z domu (mogę spać prawie do dowolnej godziny) to jest ogromny sukces. Uznałam, że sporo osób, zwłaszcza freelancerów, którzy nie mają zewnętrznych czynników zmuszających ich do rozpoczęcia dnia, może borykać się z podobnym problemem.

Sztuczne światło

Tak jak już wspominałam, nasz rytm dobowy jest regulowany przez wydzielanie melatoniny. Zasada jest bardzo prosta. Jeśli jest jasno, szyszynka (gruczoł umiejscowiony w naszym mózgu) nie produkuje melatoniny, a my nie jesteśmy senni. Kiedy zaczyna się ściemniać szyszynka powoli zaczyna produkować tzw. „hormon snu” czyli melatoninę, a nam zaczyna chcieć się spać. Kiedyś jedynym źródłem jasnego, intensywnego światła było słońce i ten mechanizm działał świetnie. Obecnie pomijając sztuczne oświetlenie w pomieszczeniach, każdy z nas nosi źródło intensywnego światła w swojej kieszeni w postaci smartfona i trzyma na biurku w postaci komputera.

Zwykle dzień kończymy od przeglądania social media na komputerze lub telefonie, siedząc w jasnym, doświetlonym pomieszczeniu. Nasz mózg nie otrzymał sygnału, że już się ściemniło i czas zacząć produkować melatoninę, by ululać nas do snu.

Dla mnie pierwszym milowym krokiem w walce z bezsennością było:

  1. Korzystanie z oświetlenia wieczornego.
    Czyli kupno lampki nocnej i wkręcenie słabszych żarówek o ciepłej barwie. Późnym wieczorem, jakiś czas przed tym kiedy chcemy iść spać przełączamy się na słabsze oświetlenie. W ten sposób mózg ma możliwość załapać, że już się „ściemnia” i można zacząć produkować melatoninę.
  2. Zainstalowanie Fluxa na komputerze i telefonie.
    Samo przygaszenie światła w pomieszczeniu nic nie pomoże jeśli nadal będziemy kierować w nasze oczy bardzo jasne ekrany. Kolejny krok to zmniejszenie jasności ekranów (komputera, telefonu) pod wieczór i zainstalowanie aplikacji Flux lub podobnej. Jest to aplikacja, która dostosowuje barwę światła ekranu do pory dnia. Im później tym ekran staje się bardziej pomarańczowy, przypominający barwę światła ognia, a nie słońca.
  3. Dla mnie to ciągle za mało 😉Przez to, że mam silną tendencję do siedzenia po nocach, mi to nie wystarczy. Żeby naprawdę nastroić się do snu potrzebuję przestać patrzeć w ekrany z godzinkę przed planowanym pójściem spać. Wtedy jest dobry czas na to by się umyć, poczytać, włączyć spokojną muzykę i porozciągać ciało po całodziennym siedzeniu.

Kawa i herbata

Niestety przez wiele lat ignorowałam związek picia herbaty i kawy z bezsennością. W liceum, kiedy moje problemy ze snem osiągnęły apogeum piłam kawę i herbatę przez cały dzień. Skoro zdarzało mi się nie spać w nocy w ogóle, lub spać tylko 3, 4 godziny musiałam się jakoś utrzymać na nogach w szkole i po szkole, by dotrwać do wieczora. Szkoda mi było dnia na drzemki ;).

Oczywiście są osoby bardziej i mniej wrażliwe na teinę i kofeinę. Być może jesteś osobą, która może wypić kawę czy herbatę o 20 i bez problemu zasnąć w okolicach północy. Jeśli tak, to super. Ja przez lata uważałam, że kawa i herbata nie mają żadnego wpływu na moją bezsenność. Dlaczego? Nie wiem. Jeśli nie wiesz dlaczego nie możesz spać po nocach, być może warto sobie ustanowić jakieś ramy czasowe na picie tych używek.

U mnie niestety nawet wypicie herbaty zielonej w godzinach wieczornych (18-19) skutkuje przewracam się z boku na bok w łóżku do 2 w nocy. Dlatego ja osobiście obecnie przestrzegam prostej reguły. Herbatę i kawę piję w dowolnych ilościach, ale do godz. 16. Dzięki temu nie czuję, że sobie coś odbieram i mam też powód by rano wstać (herbatka z rana to jest to) :).

Stres

Do czasu psychoterapii, na którą chodziłam 2 lata temu, stres był moim naturalnym stanem. Byłam zestresowana non-stop, więc nie zauważałam tego, że mam z tym problem. Jeśli masz ciągle boleśnie napięte i twarde mięśnie, zwłaszcza na karku, ciągłą gonitwę myśli od których nie potrafisz się opędzić, szybko się męczysz bez wyraźnego powodu i ciężko Ci się zmobilizować do działania, być może tak jak u mnie stres stał się dla Ciebie drugą naturą.

W moim przypadku to nie czynniki zewnętrzne powodowały, że byłam wiecznie zestresowana tylko bardziej moje własne myśli i emocje rodzące się się z tych myśli. Wewnętrzny krytyk huczał od rana do nocy, proste sytuacje się komplikowały przez zastanawianie się nadmiernie co inni sobie pomyślą, jak się zachować, co by było gdyby itd. I oczywiście do każdej sytuacji niezmiennie włączał się głos wewnętrznego krytyka.

Z wewnętrznym krytykiem i stresem przewlekłym na szczęście poradziłam sobie na psychoterapii. Na codzień pozostało tylko radzenie sobie ze stresem doraźnym i obniżanie go na koniec dnia.

Wieczorny wyciszający rytuał

Tak jak już wspominałam ostatnią godzinę przed snem staram się poświęcić na wyciszenie się. Ogarniam to co zdążyliśmy nabałaganić w ciągu dnia w mieszkaniu. Odkładam rzeczy na miejsce, przygotowuję przestrzeń tak, żeby rano było mi miło wstać i przywitać dzień. Następnie myję się i przebieram w pidżamkę. Jeszcze bardziej przygaszam światło, półmrok jest idealny na tą porę dnia. Staram się już nie zaglądać na social media i jak najmniej patrzeć na świecące ekrany. Puszczam sobie spokojną, kojącą muzykę. Np. uwielbiam słuchać Inger Gundersen. Rozkładam sobie miękki kocyk i rozciągam się. Czasem robię sobie sesję wyciszającej jogi z youtube, a czasem rozciągam się po prostu we własnym zakresie. To jest mój wieczorny rytuał, który mnie odstresowuje i przygotowuje do snu.

Natłok myśli

Jeśli jestem czymś bardziej zestresowana niż zwykle, opisuję temat w notesie, aż nie poczuję ulgi / nie znajdę dającego spokój rozwiązania. Jeśli mój umysł próbuje dalej prowadzić w myślach rozmowy z osobami z którymi miałam kontakt w ciągu dnia wyobrażam sobie, że fizycznie opuszczają mój dom i wracają do siebie. Jutro spotkamy się znowu, dziś czas się już pożegnać i zakończyć rozmowy :).

Zazwyczaj pisanie w dzienniku i wyciszająca joga wystarczą, by zatrzymać kołowrotek myśli i się wyciszyć. Czasem jednak mimo wszystko pozostaje jakiś niepokój i mam ochotę sięgnąć po telefon i posiedzieć na necie. Wiem, że skończy się to pójściem spać o 2, pobudką o 10 i niezadowoleniem z siebie, że tak późno zaczynam dzień.

Czasem zdarza mi się ulec, ale zawsze najpierw staram się zadać sobie pytanie „Czego szukam w tym telefonie/komputerze?”, „Czego mi brakuje?” Poczucia ukojenia? Akceptacji? Poczucia bezpieczeństwa? Poczucia pewności, że… ? „Czy mogę to zrobić jutro z samego rana?” Zwykle to już drastycznie zmniejsza poziom niepokoju. Jeśli nie, próbuję oszukać mój umysł :). „Ok, zrobię to, ale za godzinkę. Teraz sobie poleżę… tylko godzinkę”. Oczywiście z nadzieją, że przez tą godzinkę usnę. Przecież nie znajdę ukojenia i wyciszenia przeglądając facebooka czy wykop. Wręcz przeciwnie, to tylko rozkręci moje emocje i dołoży nowych.

Bardzo rzadko się zdarza, ale zdarza się, że coś mnie tak mocno poruszy, że nie mogę zasnąć i muszę z kimś o tym pogadać. Wtedy po prostu łamię swoje zasady i gadam aż nie wrócę do normy. To na szczęście zdarza się bardzo rzadko i ważne, że działa 😉

Podsumowanie

Niektórzy mogą się zastanawiać po co postępować wbrew swoim naturalnym skłonnościom. Jeśli jesteś sową, czemu nie zaakceptujesz tego, że nią jesteś? Ja mimo wszystko myślę, że najważniejsze jest, żeby być szczęśliwym i spełnionym w swoim życiu. Jeśli naturalne skłonności nie przynoszą satysfakcji i sprawiają, że źle się czuję, warto spróbować je zmienić.

Dla mnie funkcjonowanie w godzinach nocnych mimo, że łatwe i czasem twórcze, wcale nie było satysfakcjonujące. Mimo tego, że zdarzały mi się bardzo produktywne lub twórcze godziny wieczorem, przesypiałam prawie pół dnia, a w ciągu dnia marnowałam mnóstwo czasu na prokrastynację. Czułam się fatalnie sama ze sobą, że tak późno zaczynam dzień i że nie potrafię się zdyscyplinować. Pragnęłam zaczynać dzień rano i wcześnie kończyć pracę.

Myślę że blisko pół roku chodzenia spać w okolicach północy i wstawania ok godz. 8:30 to sukces z którego w końcu mogę zacząć się cieszyć.

Kiedyś moją naturalną godziną o której się budziłam była 10-11. Po przebudzeniu byłam rozmemłana, zdekoncentrowana i źle się czułam. Powoli rozkręcałam się do życia i pełnię skupienia i sił życiowych osiągałam po kilku godzinach od przebudzenia. Głodna robiłam się kilka godzin po przebudzeniu. Szczyt mojej aktywności umysłowej przypadał na późny wieczór. Jeśli zdarzyło mi się obudzić naturalnie wcześniej, czułam się o wiele lepiej, jednak nie potrafiłam tego powtórzyć przez dłużej niż tydzień – dwa tygodnie.

Obecnie moją naturalną godziną o której się budzę jest 8:30. Nie budzę się rano zamulona i osowiała jak kiedyś. Robię się głodna w ciągu 15 min od przebudzenia. Jeśli tylko mam możliwość daję sobie około godzinki porannego rytuału by się z rana dopieścić i w pełni rozkręcić do życia. Do południa jestem najbardziej produktywna i na te wczesne godziny przypada mój szczyt aktywności intelektualnej ;). Czyli jest dokładnie tak, jak chciałam i sobie wyobrażałam.

Ciężko uwierzyć, że jedna i ta sama osoba może jednocześnie mieć cechy sowy i skowronka. A jednak. Kiedy przez wiele lat walczyłam ze swoją skłonnością do późnego wstawania, bałam się, że zawsze będę się fatalnie czuła rano i wstawanie będzie udręką. Myślę, że mimo naturalnej skłonności, która prawdopodobnie jest wyuczona w dzieciństwie lub dziedziczna (moi rodzice to też sowy) to czy jesteśmy sową czy skowronkiem zależy w największej mierze od naszego stylu życia. Od tego kiedy jemy ostatni posiłek, czy poświęcamy chwilkę by pozbyć się stresu i nie zanosić go do łóżka, od naszych używek i godzin w których je przyjmujemy i od tego czy pozwalamy naszemu mózgowi wyprodukować hormon snu nie traktując naszych oczu intensywnym światłem do późnej nocy.

Godzina o której kładziemy się spać i godzina o której wstajemy są ze sobą ściśle związane, dlatego w kolejnym blogpoście napiszę o tym jak zmieniłam swoje poranki i jaki wpływ na to miała książka „Fenomen Poranka” o której się dowiedziałam z bloga Michała Szafrańskiego.

Dla mnie opanowanie bezsenności i ustabilizowanie wstawania o przyzwoitej godzinie to najważniejsze rzeczy, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić przez wiele lat i które podniosły satysfakcję z życia w tym roku o 200%. A czy dla Ciebie godzina o której kładziesz się spać i o której wstajesz też ma tak duże znaczenie? 🙂

 

Podsumowanie stycznia, lutego i marca 2017

25% roku 2017 już za nami, w związku z tym jak zawsze pora na małe podsumowanie. Zazwyczaj takie podsumowania robiłam sobie gdzieś w notatniku, a tym razem napiszę tutaj na blogu.

Jestem bardzo zadowolona z minionych 3 miesięcy, wygląda na to, że udało się w końcu wdrożyć w życie sporo rzeczy, które próbowałam wcześniej wielokrotnie bezskutecznie wdrożyć w życie.

Udane aspekty minionych 3 miesięcy

Wstawanie wcześniej

Dobrze jest wstać wcześnie, zacząć szybko pracę i mieć wieczór dla siebie. Niestety dla mnie, dla osoby pracującej z domu i mającej dość elastyczny czas pracy zmotywowanie się do wygrzebania się z ciepłego łóżka było bardzo trudne.

Przyznaję, że przez wiele lat próbowałam wyrobić sobie nawyk wstawania rano, niestety bez rezultatów (zwykle wracałam do starych przyzwyczajeń po max 2 tygodniach). Pierwsze trzy miesiące roku 2017 przyniosły zmianę w tej materii. Przemyślałam dlaczego dotychczas nie udawało mi się wytrzymać w nowym nawyku wstawania rano i spróbowałam ponownie, tym razem trochę inaczej.

Wstawanie rano zawsze kojarzyło mi się raczej z przykrymi rzeczami i nie robiłam nic by poprawić ten stan rzeczy. Gdy zdarzyło mi się wstać wcześniej od razu siadałam do pracy, często bez śniadania. Jak tu nie wrócić do słodkiego wylegiwania się do 10 w ciepłym łóżku, kiedy za wczesne wstawanie dawałam sobie taką „nagrodę”?

Uznałam, że muszę zbudować pozytywne skojarzenia ze wstawaniem rano, żeby autentycznie czerpać przyjemność z wczesnego zaczynania dnia i zmienić w końcu ten element mojego stylu życia.

Jennifer Pallian @ unsplash.com

Zatem zdecydowałam, że pierwsza godzina każdego dnia ma być tylko dla mnie. Zero siadania do pracy na głodniaka, zero stresu i zero zmuszania się do czegokolwiek przez 1 godzinę dnia.

A więc od mniej więcej połowy lutego, poranek stał się dla mnie synonimem:

  • ładnej muzyki
  • gorącej herbatki
  • ciepłego kocyka
  • delikatnie rozbudzających ćwiczeń jogi
  • dobrego śniadanka

Dodatkowo, żeby wypocząć w nocy i wstać z energią:

  • unikam wpatrywania się w urządzenia elektroniczne po 21
  • nie piję kawy i herbaty po 16
  • kończę dzień krótkim rozciąganiem

W lutym dodatkowo przeczytałam książkę „Fenomen Poranka”, o której się dowiedziałam z bloga Michała Szafrańskiego. Dodałam do swojego „rytuału” też kilka rad z tej książki.

Jedną z tych rad jest wypicie dużej ilości wody zaraz po przebudzeniu. Wcześniej lubiłam jeszcze chwilkę po wyłączeniu budzika sobie poleżeć i oczywiście mój odwodniony organizm natychmiast odpływał w mroki nieświadomości. Teraz jedyna rzecz, o której muszę pamiętać rano, to żeby wypić szklankę wody :). Wypita szklanka wody cuci na tyle dobrze, że już nie zasypiam ponownie. Ściągnęłam sobie też przyjazny budzik Easy Rise Alarm Clock. Bardzo mi pasuje. Zamiast zwykłego alarmu jest głos prowadzący coś w rodzaju medytacji-wizualizacji, która powoli i stopniowo wyprowadza człowieka ze snu. Trwa to ok 5 minut i u mnie naprawdę się fajnie sprawdza.

Efekt? Od półtora miesiąca wstaję średnio 2 godziny wcześniej, często bez budzika. Mimo, że docelowo marzy mi się wstawanie o 6 rano bez budzika, myślę, że to jest świetne pierwsze parę kroczków i postaram się to podtrzymać przez kolejne 3 miesiące :).

Wg arkuszy na których sobie zaznaczam takie rozłożone w czasie cele, łącznie 60 razy udało się wstać przed 9 w ciągu ostatnich 90 dni :). Good enough, zwłaszcza, że w marcu zazwyczaj była to 7:30-8 :). Bardzo się cieszę, bo bardzo to mi ułatwia zachowanie równowagi między pracą i życiem, oraz realizację tego co sobie założę w ciągu dnia.

Na takich arkuszach zaznaczam sobie codziennie wieczorem jak mi idzie realizacja celów rozłożonych w czasie
Zdrowie, kręgosłup i sport

Ustalając 3 miesiące temu cele na rok 2017 uznałam, że najważniejszym punktem koncentracji będzie zdrowie i kręgosłup. Niestety jak już wspominałam praca przed komputerem, zwłaszcza na Malcie na nieodpowiednim krześle, dość mocno odbiła się na moim kręgosłupie. Dodatkowo na trampolinach (w Hangar 646) nabawiłam się kontuzji robiąc nieudane salto, którą potem tylko pogłębiłam próbując surfingu w Lizbonie, mimo uciążliwego bólu pleców. Uznałam, że jeśli nie chcę zapracować na poważniejsze problemy zdrowotne, muszę zacząć działać już teraz i coś z tym zrobić.

Trochę pochodziłam po lekarzach, zrobiłam sobie RTG, lekarz mi przypisał jakieś leki przyśpieszające regenerację mięśni po tej kontuzji, ale przyznam, że ćwiczenie codziennie jogi zrobiło dla moich pleców więcej niż cokolwiek innego wcześniej. Nie sądziłam, że codzienne proste ćwiczenia rozciągająco-wzmacniające mogą tak szybko przynieść takie rezultaty.

Często ćwiczę jogę z Gosią Mostowską, która ma fantastyczne filmiki na youtube. A czasem po prostu robię takie ćwiczenia z jogi, na które mam akurat ochotę.

Dodatkowo ostatnio przeczytałam na blogu Andrzeja Tucholskiego sugestię, by robić w przerwach od pracy proste ćwiczenie – mostek piersiowy. Jeśli dużo siedzicie i zaczynacie mieć problemy z plecami, polecam.

Poza jogą rano i wieczorem, której nie traktuję jako sport tylko relaks, chodziliśmy z Cezarym 2 razy w tygodniu do Calypso na siłownię. Bardzo jestem zadowolona z tego nowego zwyczaju, aczkolwiek teraz jak się zrobiło cieplej raczej częściej będziemy wychodzić na świeże powietrze niż na siłownię.

Wg moich magicznych karteczek w ciągu ostatnich 3 miesięcy średnio 2-3 razy w tygodniu uprawiałam sport (plus relaks jogą rano i wieczorem), więc jest naprawdę super ;).

Zmiana organizacji pracy

Kolejna dobra zmiana, to w końcu wprowadzenie sensownych przerw od pracy przed komputerem. Moim wielkim problemem było to, że potrafiłam się oderwać od pracy co najwyżej na szybkie siku. Efektem takich kilkugodzinnych ciągów siedzenia przed komputerem oczywiście było ogromne zmęczenie po pracy. Ból oczu i kręgosłupa. W marcu w końcu zaczęłam robić właściwy użytek z aplikacji typu „Pomodoro” mimo, że używałam ich już wcześniej.

W skrócie „Pomodoro” to sposób organizacji pracy / nauki w cykle przeplatane przerwami. System sugeruje 5 min krótkiej przerwy na każde 25min pracy i 15min przerwy po każdych 2 godzinach pracy. Ja stosuję te domyślne interwały pracy, ale można sobie to dostosować. Istnieje masa aplikacji na komputer i telefon, które odmierzają czas i przypominają nam o tych przerwach. Ja akurat używam Tomighty na Maca.

Oli Dale @ unsplash.com

Jak już wspomniałam, wcześniej zdarzyło mi się używać tej aplikacji, tylko oczywiście robiłam to źle. 25 min pracowałam i 5 min siedziałam na facebooku / wykopie. Dopiero niedawno zrozumiałam, że siedzenie np. na facebooku to nie jest żaden odpoczynek. 5 min przerwy nie jest przerwą dla umysłu, tylko przerwą dla ciała. Teraz podczas tych przerw wstaję od komutera, trochę rozciągam i rozgrzewam zastane kości, patrzę sobie chwilkę przez okno by rozluźnić oczy. Składam pranie, albo wstawiam nowe. Odkładam na miejsce rzeczy, które nam się gdzieś walają po mieszkaniu. Przemyję zlew w łazience itd. Za to uwielbiam pracę zdalną :).

Taka organizacja pracy mi dużo bardziej służy, nie jestem wyczerpana po pracy i mam jeszcze siłę na inne rzeczy. Z bólami pleców, które wcześniej były codziennością praktycznie się pożegnałam. 5 minut to nie jest czas w którym człowiek zdąży się rozproszyć i stracić „kontekst”, wręcz przeciwnie można sobie na spokojnie pomyśleć o danej rzeczy w szerszym kontekście. Poza tym naprawdę zaskakujące jest, jak dużo można posprzątać w ciągu kilku pięciominutowych przerw w siedzeniu przed komputerem ;).

To są 3 rzeczy, z których jestem najbardziej zadowolona. Poza tym był bardzo fajny wyjazd do Krakowa na FxCuffs, wspaniały weekend w którym piszę tego blogposta – na prima aprilis do Warszawy zawitało lato, wspaniale wypoczęliśmy jeżdżąc na rowerach i wygrzewając się na słońcu. Ale w ostatnich 3 miesiącach było też kilka rzeczy z których nie jestem zadowolona.

Niezbyt udane aspekty minionych 3 miesięcy

Pomysły na dodatkowy dochód

Jednym z celów na ten rok jakie sobie założyłam jest odłożenie pewnej sumy pieniędzy, która przekracza moje obecne możliwości finansowe. Specjalnie postawiłam sobie taki wygórowany cel, żeby pobudzić się do działania i nie popaść w konsumpcjonizm i samozadowolenie. Z tego względu nie będę miała sobie za złe jeśli zrealizuję ten cel w 50-70% i i tak uznam to za sukces. Na razie mamy marzec i zrealizowałam 12% tego założenia. W związku z tym pojawiły się u mnie niezbyt mądre pomysły na dodatkowy dochód.

Fabian Blank @ unsplash.com

Oczywiście najłatwiejszą metodą zwiększenia dochodu jest po prostu pracowanie nadgodzin, ale ja obecnie nie mam projektu w którym mogę takie nadgodziny robić (wręcz nie udaje mi się wyrobić normy, długo czekam na designy i kolejne materiały, więc mam przestoje w pracy). Poza tym siedzenie przed komputerem mnie nuży i męczy, więc każda dodatkowa godzina kodzenia jest odkupiona ogromnym wysiłkiem.

Wymiana rozbitych wyświetlaczy

W związku z tym nieustannie atakują moją głowę różne pomysły na dodatkowy dochód. Tym razem wymyśliłam, że będę kupować rozbite telefony i wymieniać wyświetlacze i sprzedawać je dalej na allegro. Pooglądałam różne tutoriale, kupiłam sobie zestaw narzędzi – śrubokręciki i inne pierdoły. Super. Szkoda tylko, że słabo się znam na telefonach i elektronice, nie wiem co ile powinno kosztować i co się sprzeda, a co się nie sprzeda. Poza tym jestem w gorącej wodzie kąpana i chcę mieć szybko efekty :). Wymieniłam z sukcesem wyświetlacz w szajso tablecie Lenovo, ale niestety popełniłam po drodze kilka błędów zamawiając części (okazało się, że trzeba było zamówić więcej tych części niż myślałam na początku) i ostatecznie będę zmuszona sprzedać go ze stratą. Kupiłam dwa tablety Surface, ale nie poświęciłam czasu na research i kupiłam RT a nie PRO na których praktycznie nie ma ruchu i sprzedaję je obecnie powoli na części. Jedyne co udało mi się z zyskiem sprzedać podczas tej wesołej przygody to Sony Xperię Z, której nawet nie naprawiałam tylko wystawiłam drożej niż kupiłam i udało się ją sprzedać z 33% zyskiem.

Oliur Rahman @ unsplash.com

Pomysł na grzebanie w sprzęcie po godzinach na razie zarzucam, nie zbyt pasuje do mojej osobowości, zainteresowań i temperamentu. Oczywiście jestem przekonana, że można na tym temacie zarobić jeśli się poświęci więcej czasu na obeznanie się z rynkiem, modelami telefonów, znalezienie dobrych źródeł części zamiennych itd. Ja uznałam, że na razie lepiej będzie jeśli się skupię na rzeczach, które mnie satysfakcjonują / dają przyjemność zamiast dokładać sobie kolejną po programowaniu rzecz, której nie lubię. Przyznam, że jeszcze samo rozkładanie i naprawianie sprzętu jest całkiem interesujące i satysfakcjonujące, ale już przeglądanie allegro w poszukiwaniu sprzętu do naprawy i odsprzedaży oraz wystawianie naprawionego sprzętu to jest coś czego po prostu nie znoszę, a zajmuje równie dużo czasu co samo naprawianie. Na razie daję sobie na wstrzymanie i czas na sprzedaż tego co kupiłam dotychczas.

Napisanie książki

Ten temat już jest o wiele rozsądniejszy. W liceum byłam w klasie dziennikarskiej i bardzo lubię pisać. Napisałam nawet w 2011 roku książkę o zdrowym odżywianiu (120 stron w Wordzie), niestety nic z tym nie zrobiłam i wylądowało w szufladzie. Teraz ciężko mi znowu zapałać zainteresowaniem do tego tematu, ale być może coś jeszcze z tego zrobię. Teraz piszę krótki poradnik na temat, który w świecie książek-poradników jeszcze za bardzo nie zaistniał, mimo że w mediach się już całkiem szeroko przebija.

Annie Spratt @ unsplash.com

Pisanie książki jest pomysłem na dodatkowe parę złotych, który wydaje mi się, że ma szansę się udać. Jest spójny z moimi zainteresowaniami i spontanicznym sposobem spędzania wolnego czasu. Dlaczego więc umieściłam to w kategorii niezbyt udanych aspektów minionych 3 miesięcy? Głównie z powodu niepoświęcenia na to wystarczająco dużo czasu. Chcę w ciągu kolejnych 3 miesięcy zamknąć ten temat i wysłać już wersję przed korektą itd do wydawnictwa. Jeszcze nie wiem jakie to będzie wydawnictwo, możliwe, że nawet Złote Myśli (:D), bo nie zależy mi na prestiżu tylko na tym by wpadło dodatkowe parę złotych. Ale tego jeszcze nie wiem, na razie najważniejsze to żeby ta książka powstawała w wersji 1.0.

Chiński

Jednym z celów na ten rok jest zdać HSK 3 (certyfikat znajomości j. chińskiego na poziomie porównywalnym do angielskiego B1). Chociaż szczerze mówiąc wydaje mi się, że hurraoptymistycznie sobie to założyłam, bo jednak do tego HSK 3 wciąż mi sporo brakuje i czasem nawet słownictwo na poziomie HSK 2 sprawia mi trudność. No ale zobaczymy jeszcze jak to będzie.

Żeby osiągnąć ten cel ustanowiłam sobie 2 cele pomocnicze – skończyć kurs „Intermediate Conversational Chinese” na yoyochinese.com i chodzić na zajęcia z chińskiego 2x w tygodniu.

Ogólnie przez pierwsze 2 miesiące było nienajgorzej, w tym czasie uczyłam się chińskiego średnio co drugi dzień. Natomiast niestety nie udało mi się dokończyć tego kursu na yoyochinese. Zrobiłam 48 na 50 lekcji i płatny dostęp do tego kursu skończył mi się w połowie marca. Więc mała rzecz, a przez nią czuję, że nie domknęłam tematu. Póki co planuję sobie ściągnąć pirackie nagrania tego kursu, zrobić te dwie brakujące lekcje i odhaczyć sobie ten kurs jako zrobiony :D.

Tj Holowaychuk @ unsplash.com

Poza tym w marcu poza zajęciami w ogóle nie uczyłam się chińskiego przez te dodatkowe pomysły z naprawianiem telefonów i tabletów oraz więcej czasu spędzane na dworze.

Więc z chińskim się trochę opuściłam i w kolejnych miesiącach planuję się pilnować, by przynajmniej 2 razy w tygodniu uczyć się chińskiego poza zajęciami. Wstępnie wyznaczam na ten cel poniedziałkowy i środowy wieczór.

Podsumowanie

Podsumowując bardzo fajnie udało się wdrożyć takie solidne, codzienne podstawy. Regularne ćwiczenia fizyczne, zaczynanie wcześniej dnia, dbanie o zdrowie i higienę pracy przed komputerem to naprawdę trudne do wdrożenia zmiany, o które walczyłam sama ze sobą naprawdę długo. Pozytywne jest to, że w kolejnych miesiącach już nie powinny absorbować uwagi i powinny stawać się coraz bardziej „moje” i automatyczne.

Szkoda, że trochę odpuściłam chiński, niezbyt udany był pomysł z majstrowaniem z telefonami. Za mało czasu poświęcałam na pisanie.

Cele na kolejne trzy miesiące:

  • Kontynuować wstawanie przed 9 (optymalnie między 7 a 8)
  • Kontynuować zdrowy tryb życia – joga, ćwiczenia, przerwy w pracy przed kompem
  • Dokończyć książkę i podjąć działania w kierunku jej spieniężenia
  • Uczyć się chińskiego 2x w tygodniu poza zajęciami

 

A Ty jak oceniasz swoje minione 3 miesiące? Co się udało zrealizować, a co nie za bardzo wyszło? Jeśli masz ochotę podziel się w komentarzach swoimi doświadczeniami :).

Nie wal głową w mur

Ile razy obiecujemy sobie, że zmienimy coś w swoim życiu. Od jutra biegam 3 razy w tygodniu. Od jutra wstaję codziennie o godzinę wcześniej, o 6:30, bez wyjątków! Od jutra nie jem po 18. Ile razy łamiemy tą obietnicę czasem po kilku dniach, czasem nawet po kilku tygodniach i z uczuciem porażki oraz odrobiny wstydu poddajemy się, by za jakiś czas znów z pełnym przekonaniem powiedzieć sobie „Od jutra biegam 3 razy w tygodniu!”.

Przez wiele lat tkwiłam w tej pułapce, obiecując sobie wciąż to samo i nie poświęcając nawet jednej dłuższej chwili na analizę co poszło nie tak. W niektórych sferach udało mi się to przełamać, w innych wciąż łapię się na popełnianiu tych samych błędów. Łatwo sobie powiedzieć, że nie wyszło, bo mieliśmy za mało silnej woli, bo zabrakło czasu, bo straciliśmy motywację. Nie wiedzieć czemu, za każdym razem wierzymy, że tym razem będziemy mieć masę silnej woli, czasu i motywacji.

Elaine Li
fot. Elaine Li @ unsplash.com

Prawda jest taka, że nie będziemy mieć. Będziemy mieć tyle samo siły woli, tyle samo, lub nawet mniej czasu i tyle samo motywacji. Nic się nie zmieni w tym temacie. Nie znaczy to jednak, że nasze marzenia o zmianie stylu życia należy skryć głęboko w szafie i o nich zapomnieć. Nie, nie musimy się jeszcze godzić z szarą rzeczywistością.

Weź pod uwagę punkt, z którego startujesz

Stanięcie twarzą w twarz z faktem, że nie zmienimy się z dnia na dzień, że nie staniemy się nagle super herosami o nadprzyrodzonej sile woli i motywacji jest w rzeczy samej uwalniający. Odsłaniający drogę prowadzącą tam gdzie chcemy dotrzeć. Zaakceptowanie naszych własnych ograniczeń i ograniczeń punktu z którego startujemy zmusza nas do zastanowienia się co poszło ostatnio nie tak. Pomyślenia nad tym, co można zmienić by się udało. Nie zadowolimy się prostym „tym razem bardziej się postaram”. Musimy pokopać głębiej, by zrozumieć co możemy zrobić dysponując naszymi ograniczonymi zasobami czasu, woli i energii.

puzzle-592803_1920_fotor

Czy to co chcesz zrobić pasuje do Twojej obecnej układanki?

Lubię myśleć o procesie samodoskonalenia, rozwoju osobistego jak o układaniu puzzli. To kim jesteśmy obecnie wyobrażam sobie jako już ułożoną część układanki, na której maluje się jakiś obrazek. Niepełny jeszcze, niedokończony. Jeśli jesteśmy młodzi, nie widać nawet jeszcze, co na tym obrazku będzie, nie widać w jakiej będzie tonacji kolorystycznej. Jeśli trochę już żyjemy, wyłania się już charakter obrazka, jest zdefiniowana kolorystyka. Zbyt często chcemy zupełnie odciąć się od tego co już zdołaliśmy przez te lata ułożyć i układać coś zupełnie nowego. To nie wyjdzie, musimy zaakceptować to kim jesteśmy tu i teraz, obraz który teraz przedstawia nasza układanka. Nawet jeśli nam się nie podoba, musimy zacząć z tego punktu. Kolejne puzzle, które dokładamy, muszą choć trochę pasować do obecnych, by zostać z nami na dłużej i nie odpaść przy pierwszym trudniejszym momencie.

Jeśli w dniu dzisiejszym prowadzimy wybitnie siedzący tryb życia, obiad jadamy w KFC lub McDonaldzie, a na kolację zajadamy tabliczkę czekolady nie staniemy się nagle dzikami siłowni wcinającymi trzy razy dziennie jarmuż z tofu. To nie jest nasza układanka. Bez względu na to jak bardzo nam się wydaje atrakcyjna. W żadnym stopniu nie pasuje do tego kim teraz jesteśmy, nie ma żadnych punktów wspólnych. Puzzle które próbujemy na siłę przyczepić nie będą się trzymać, a nam rychło zabraknie sił, by udawać, że jest inaczej.

Mała zmiana, to solidny początek wielkiej zmiany

Codzienne 15 minutowe spacery z pracy, albo zastąpienie KFC, raz w tygodniu na coś nieco zdrowszego ma szansę zadziałać. To są pierwsze kroki na naszej drodze do zmiany charakteru układanki, do wyłonienia z niej nowego obrazu. 15 minutowy spacer nie jest czymś co zburzy to kim dotychczas byliśmy, czymś co zaprzecza naszemu stylowi życia. Nie jest to coś do czego trzeba się nadzwyczajnym wysiłkiem zmuszać. Owszem, jak każda zmiana wymaga pewnego wysiłku i siły woli, ale jest to realne i nie wymaga postawienia całego życia do góry nogami. Nie jest to zmiana tak wyczerpująca, że będziemy potrzebowali wrócić do starych nawyków, by od niej odpocząć.

I dlatego to działa.

Za jakiś czas, gdy krótkie spacery staną się częścią naszego stylu życia możemy uznać „Kurczę, w sumie to dobrze się czuję jak się ruszam na świeżym powietrzu, może wyjdę sobie na rower raz w tygodniu”.

I w ten właśnie sposób można trwale zmienić swój styl życia. Metoda takiej stopniowej zmiany nazywa się „Kai zen” – metoda małych kroków. W ten sposób w stosunkowo krótkim czasie (kilku do kilkunastu miesięcy) można zmienić swoje życie w danej dziedzinie. Oczywiście wymaga to czasu, na efekt, którego pragniemy musimy poczekać. Jeśli przez kilka, kilkanaście lat żyliśmy w dany sposób, nie zmienimy tego z dnia na dzień. Nie ważne jak mocno będziemy tego pragnąć, próbując sforsować mur ewidentnie zbyt wysoki, nie ruszymy się na przód ani o krok. Będziemy tkwić dalej w tym samym punkcie z frustracją i bólem głowy na dokładkę.

Stosunkowo łatwo nam idzie planowanie rzeczy gdy ograniczenia są proste i namacalne. Nie będziemy deklarować, że pokonamy dystans 500 km w godzinę mając do dyspozycji tylko auto jako środek transportu. Wiemy, że jest to po prostu nie możliwe. Jednak pogodzenie się z istnieniem identycznych ograniczeń w sferze zmian życiowych dla wielu z nas jest niebywale ciężkie. Pragniemy zmian szybkich i widocznych. Jednak jeśli spojrzymy na nasze dotychczasowe starania, widać wyraźnie, że droga na skróty owszem, może się zdarzyć, ale niezwykle rzadko.

alessio-lin-141234.jpg
fot. Alessio Lin @ unsplash.com

Co zrobić?

Przygotować się na długą, aczkolwiek niezwykle miłą, satysfakcjonującą podróż składającą się z małych kroczków. Odpuścić sobie marzenia o drodze na skróty i osiągnięciu tego, co niemożliwe. Czas i tak upłynie, a już za rok możesz cieszyć się z trwałych zmian w swoim stylu życia jeśli tylko zaczniesz już teraz od małych, malutkich zmian, które można łatwo wpasować do Twojej obecnej, życiowej układanki :).

Co dla Ciebie będzie takim pierwszym krokiem? Jaką sferę życia pragniesz usilnie zmienić? Co możesz zrobić już teraz by element nowego stylu życia wpleść w obecny? Napisz mi w komentarzu, jestem szalenie ciekawa :).

W kolejnych wpisach postaram się opisać zmiany, które udało mi się wprowadzić w życie właśnie tą metodą, po kilkukrotnych próbach „walenia głową w mur”, oraz przeanalizować takie których jeszcze się nie udało. Jednocześnie mam nadzieję, że prowadzenie bloga będzie kolejną z rzeczy, które dołączą do tych udanych projektów i transformacji życiowych :).