Browsing Category

Osiąganie celów

Podsumowanie stycznia, lutego i marca 2017

25% roku 2017 już za nami, w związku z tym jak zawsze pora na małe podsumowanie. Zazwyczaj takie podsumowania robiłam sobie gdzieś w notatniku, a tym razem napiszę tutaj na blogu.

Jestem bardzo zadowolona z minionych 3 miesięcy, wygląda na to, że udało się w końcu wdrożyć w życie sporo rzeczy, które próbowałam wcześniej wielokrotnie bezskutecznie wdrożyć w życie.

Udane aspekty minionych 3 miesięcy

Wstawanie wcześniej

Dobrze jest wstać wcześnie, zacząć szybko pracę i mieć wieczór dla siebie. Niestety dla mnie, dla osoby pracującej z domu i mającej dość elastyczny czas pracy zmotywowanie się do wygrzebania się z ciepłego łóżka było bardzo trudne.

Przyznaję, że przez wiele lat próbowałam wyrobić sobie nawyk wstawania rano, niestety bez rezultatów (zwykle wracałam do starych przyzwyczajeń po max 2 tygodniach). Pierwsze trzy miesiące roku 2017 przyniosły zmianę w tej materii. Przemyślałam dlaczego dotychczas nie udawało mi się wytrzymać w nowym nawyku wstawania rano i spróbowałam ponownie, tym razem trochę inaczej.

Wstawanie rano zawsze kojarzyło mi się raczej z przykrymi rzeczami i nie robiłam nic by poprawić ten stan rzeczy. Gdy zdarzyło mi się wstać wcześniej od razu siadałam do pracy, często bez śniadania. Jak tu nie wrócić do słodkiego wylegiwania się do 10 w ciepłym łóżku, kiedy za wczesne wstawanie dawałam sobie taką „nagrodę”?

Uznałam, że muszę zbudować pozytywne skojarzenia ze wstawaniem rano, żeby autentycznie czerpać przyjemność z wczesnego zaczynania dnia i zmienić w końcu ten element mojego stylu życia.

Jennifer Pallian @ unsplash.com

Zatem zdecydowałam, że pierwsza godzina każdego dnia ma być tylko dla mnie. Zero siadania do pracy na głodniaka, zero stresu i zero zmuszania się do czegokolwiek przez 1 godzinę dnia.

A więc od mniej więcej połowy lutego, poranek stał się dla mnie synonimem:

  • ładnej muzyki
  • gorącej herbatki
  • ciepłego kocyka
  • delikatnie rozbudzających ćwiczeń jogi
  • dobrego śniadanka

Dodatkowo, żeby wypocząć w nocy i wstać z energią:

  • unikam wpatrywania się w urządzenia elektroniczne po 21
  • nie piję kawy i herbaty po 16
  • kończę dzień krótkim rozciąganiem

W lutym dodatkowo przeczytałam książkę „Fenomen Poranka”, o której się dowiedziałam z bloga Michała Szafrańskiego. Dodałam do swojego „rytuału” też kilka rad z tej książki.

Jedną z tych rad jest wypicie dużej ilości wody zaraz po przebudzeniu. Wcześniej lubiłam jeszcze chwilkę po wyłączeniu budzika sobie poleżeć i oczywiście mój odwodniony organizm natychmiast odpływał w mroki nieświadomości. Teraz jedyna rzecz, o której muszę pamiętać rano, to żeby wypić szklankę wody :). Wypita szklanka wody cuci na tyle dobrze, że już nie zasypiam ponownie. Ściągnęłam sobie też przyjazny budzik Easy Rise Alarm Clock. Bardzo mi pasuje. Zamiast zwykłego alarmu jest głos prowadzący coś w rodzaju medytacji-wizualizacji, która powoli i stopniowo wyprowadza człowieka ze snu. Trwa to ok 5 minut i u mnie naprawdę się fajnie sprawdza.

Efekt? Od półtora miesiąca wstaję średnio 2 godziny wcześniej, często bez budzika. Mimo, że docelowo marzy mi się wstawanie o 6 rano bez budzika, myślę, że to jest świetne pierwsze parę kroczków i postaram się to podtrzymać przez kolejne 3 miesiące :).

Wg arkuszy na których sobie zaznaczam takie rozłożone w czasie cele, łącznie 60 razy udało się wstać przed 9 w ciągu ostatnich 90 dni :). Good enough, zwłaszcza, że w marcu zazwyczaj była to 7:30-8 :). Bardzo się cieszę, bo bardzo to mi ułatwia zachowanie równowagi między pracą i życiem, oraz realizację tego co sobie założę w ciągu dnia.

Na takich arkuszach zaznaczam sobie codziennie wieczorem jak mi idzie realizacja celów rozłożonych w czasie
Zdrowie, kręgosłup i sport

Ustalając 3 miesiące temu cele na rok 2017 uznałam, że najważniejszym punktem koncentracji będzie zdrowie i kręgosłup. Niestety jak już wspominałam praca przed komputerem, zwłaszcza na Malcie na nieodpowiednim krześle, dość mocno odbiła się na moim kręgosłupie. Dodatkowo na trampolinach (w Hangar 646) nabawiłam się kontuzji robiąc nieudane salto, którą potem tylko pogłębiłam próbując surfingu w Lizbonie, mimo uciążliwego bólu pleców. Uznałam, że jeśli nie chcę zapracować na poważniejsze problemy zdrowotne, muszę zacząć działać już teraz i coś z tym zrobić.

Trochę pochodziłam po lekarzach, zrobiłam sobie RTG, lekarz mi przypisał jakieś leki przyśpieszające regenerację mięśni po tej kontuzji, ale przyznam, że ćwiczenie codziennie jogi zrobiło dla moich pleców więcej niż cokolwiek innego wcześniej. Nie sądziłam, że codzienne proste ćwiczenia rozciągająco-wzmacniające mogą tak szybko przynieść takie rezultaty.

Często ćwiczę jogę z Gosią Mostowską, która ma fantastyczne filmiki na youtube. A czasem po prostu robię takie ćwiczenia z jogi, na które mam akurat ochotę.

Dodatkowo ostatnio przeczytałam na blogu Andrzeja Tucholskiego sugestię, by robić w przerwach od pracy proste ćwiczenie – mostek piersiowy. Jeśli dużo siedzicie i zaczynacie mieć problemy z plecami, polecam.

Poza jogą rano i wieczorem, której nie traktuję jako sport tylko relaks, chodziliśmy z Cezarym 2 razy w tygodniu do Calypso na siłownię. Bardzo jestem zadowolona z tego nowego zwyczaju, aczkolwiek teraz jak się zrobiło cieplej raczej częściej będziemy wychodzić na świeże powietrze niż na siłownię.

Wg moich magicznych karteczek w ciągu ostatnich 3 miesięcy średnio 2-3 razy w tygodniu uprawiałam sport (plus relaks jogą rano i wieczorem), więc jest naprawdę super ;).

Zmiana organizacji pracy

Kolejna dobra zmiana, to w końcu wprowadzenie sensownych przerw od pracy przed komputerem. Moim wielkim problemem było to, że potrafiłam się oderwać od pracy co najwyżej na szybkie siku. Efektem takich kilkugodzinnych ciągów siedzenia przed komputerem oczywiście było ogromne zmęczenie po pracy. Ból oczu i kręgosłupa. W marcu w końcu zaczęłam robić właściwy użytek z aplikacji typu „Pomodoro” mimo, że używałam ich już wcześniej.

W skrócie „Pomodoro” to sposób organizacji pracy / nauki w cykle przeplatane przerwami. System sugeruje 5 min krótkiej przerwy na każde 25min pracy i 15min przerwy po każdych 2 godzinach pracy. Ja stosuję te domyślne interwały pracy, ale można sobie to dostosować. Istnieje masa aplikacji na komputer i telefon, które odmierzają czas i przypominają nam o tych przerwach. Ja akurat używam Tomighty na Maca.

Oli Dale @ unsplash.com

Jak już wspomniałam, wcześniej zdarzyło mi się używać tej aplikacji, tylko oczywiście robiłam to źle. 25 min pracowałam i 5 min siedziałam na facebooku / wykopie. Dopiero niedawno zrozumiałam, że siedzenie np. na facebooku to nie jest żaden odpoczynek. 5 min przerwy nie jest przerwą dla umysłu, tylko przerwą dla ciała. Teraz podczas tych przerw wstaję od komutera, trochę rozciągam i rozgrzewam zastane kości, patrzę sobie chwilkę przez okno by rozluźnić oczy. Składam pranie, albo wstawiam nowe. Odkładam na miejsce rzeczy, które nam się gdzieś walają po mieszkaniu. Przemyję zlew w łazience itd. Za to uwielbiam pracę zdalną :).

Taka organizacja pracy mi dużo bardziej służy, nie jestem wyczerpana po pracy i mam jeszcze siłę na inne rzeczy. Z bólami pleców, które wcześniej były codziennością praktycznie się pożegnałam. 5 minut to nie jest czas w którym człowiek zdąży się rozproszyć i stracić „kontekst”, wręcz przeciwnie można sobie na spokojnie pomyśleć o danej rzeczy w szerszym kontekście. Poza tym naprawdę zaskakujące jest, jak dużo można posprzątać w ciągu kilku pięciominutowych przerw w siedzeniu przed komputerem ;).

To są 3 rzeczy, z których jestem najbardziej zadowolona. Poza tym był bardzo fajny wyjazd do Krakowa na FxCuffs, wspaniały weekend w którym piszę tego blogposta – na prima aprilis do Warszawy zawitało lato, wspaniale wypoczęliśmy jeżdżąc na rowerach i wygrzewając się na słońcu. Ale w ostatnich 3 miesiącach było też kilka rzeczy z których nie jestem zadowolona.

Niezbyt udane aspekty minionych 3 miesięcy

Pomysły na dodatkowy dochód

Jednym z celów na ten rok jakie sobie założyłam jest odłożenie pewnej sumy pieniędzy, która przekracza moje obecne możliwości finansowe. Specjalnie postawiłam sobie taki wygórowany cel, żeby pobudzić się do działania i nie popaść w konsumpcjonizm i samozadowolenie. Z tego względu nie będę miała sobie za złe jeśli zrealizuję ten cel w 50-70% i i tak uznam to za sukces. Na razie mamy marzec i zrealizowałam 12% tego założenia. W związku z tym pojawiły się u mnie niezbyt mądre pomysły na dodatkowy dochód.

Fabian Blank @ unsplash.com

Oczywiście najłatwiejszą metodą zwiększenia dochodu jest po prostu pracowanie nadgodzin, ale ja obecnie nie mam projektu w którym mogę takie nadgodziny robić (wręcz nie udaje mi się wyrobić normy, długo czekam na designy i kolejne materiały, więc mam przestoje w pracy). Poza tym siedzenie przed komputerem mnie nuży i męczy, więc każda dodatkowa godzina kodzenia jest odkupiona ogromnym wysiłkiem.

Wymiana rozbitych wyświetlaczy

W związku z tym nieustannie atakują moją głowę różne pomysły na dodatkowy dochód. Tym razem wymyśliłam, że będę kupować rozbite telefony i wymieniać wyświetlacze i sprzedawać je dalej na allegro. Pooglądałam różne tutoriale, kupiłam sobie zestaw narzędzi – śrubokręciki i inne pierdoły. Super. Szkoda tylko, że słabo się znam na telefonach i elektronice, nie wiem co ile powinno kosztować i co się sprzeda, a co się nie sprzeda. Poza tym jestem w gorącej wodzie kąpana i chcę mieć szybko efekty :). Wymieniłam z sukcesem wyświetlacz w szajso tablecie Lenovo, ale niestety popełniłam po drodze kilka błędów zamawiając części (okazało się, że trzeba było zamówić więcej tych części niż myślałam na początku) i ostatecznie będę zmuszona sprzedać go ze stratą. Kupiłam dwa tablety Surface, ale nie poświęciłam czasu na research i kupiłam RT a nie PRO na których praktycznie nie ma ruchu i sprzedaję je obecnie powoli na części. Jedyne co udało mi się z zyskiem sprzedać podczas tej wesołej przygody to Sony Xperię Z, której nawet nie naprawiałam tylko wystawiłam drożej niż kupiłam i udało się ją sprzedać z 33% zyskiem.

Oliur Rahman @ unsplash.com

Pomysł na grzebanie w sprzęcie po godzinach na razie zarzucam, nie zbyt pasuje do mojej osobowości, zainteresowań i temperamentu. Oczywiście jestem przekonana, że można na tym temacie zarobić jeśli się poświęci więcej czasu na obeznanie się z rynkiem, modelami telefonów, znalezienie dobrych źródeł części zamiennych itd. Ja uznałam, że na razie lepiej będzie jeśli się skupię na rzeczach, które mnie satysfakcjonują / dają przyjemność zamiast dokładać sobie kolejną po programowaniu rzecz, której nie lubię. Przyznam, że jeszcze samo rozkładanie i naprawianie sprzętu jest całkiem interesujące i satysfakcjonujące, ale już przeglądanie allegro w poszukiwaniu sprzętu do naprawy i odsprzedaży oraz wystawianie naprawionego sprzętu to jest coś czego po prostu nie znoszę, a zajmuje równie dużo czasu co samo naprawianie. Na razie daję sobie na wstrzymanie i czas na sprzedaż tego co kupiłam dotychczas.

Napisanie książki

Ten temat już jest o wiele rozsądniejszy. W liceum byłam w klasie dziennikarskiej i bardzo lubię pisać. Napisałam nawet w 2011 roku książkę o zdrowym odżywianiu (120 stron w Wordzie), niestety nic z tym nie zrobiłam i wylądowało w szufladzie. Teraz ciężko mi znowu zapałać zainteresowaniem do tego tematu, ale być może coś jeszcze z tego zrobię. Teraz piszę krótki poradnik na temat, który w świecie książek-poradników jeszcze za bardzo nie zaistniał, mimo że w mediach się już całkiem szeroko przebija.

Annie Spratt @ unsplash.com

Pisanie książki jest pomysłem na dodatkowe parę złotych, który wydaje mi się, że ma szansę się udać. Jest spójny z moimi zainteresowaniami i spontanicznym sposobem spędzania wolnego czasu. Dlaczego więc umieściłam to w kategorii niezbyt udanych aspektów minionych 3 miesięcy? Głównie z powodu niepoświęcenia na to wystarczająco dużo czasu. Chcę w ciągu kolejnych 3 miesięcy zamknąć ten temat i wysłać już wersję przed korektą itd do wydawnictwa. Jeszcze nie wiem jakie to będzie wydawnictwo, możliwe, że nawet Złote Myśli (:D), bo nie zależy mi na prestiżu tylko na tym by wpadło dodatkowe parę złotych. Ale tego jeszcze nie wiem, na razie najważniejsze to żeby ta książka powstawała w wersji 1.0.

Chiński

Jednym z celów na ten rok jest zdać HSK 3 (certyfikat znajomości j. chińskiego na poziomie porównywalnym do angielskiego B1). Chociaż szczerze mówiąc wydaje mi się, że hurraoptymistycznie sobie to założyłam, bo jednak do tego HSK 3 wciąż mi sporo brakuje i czasem nawet słownictwo na poziomie HSK 2 sprawia mi trudność. No ale zobaczymy jeszcze jak to będzie.

Żeby osiągnąć ten cel ustanowiłam sobie 2 cele pomocnicze – skończyć kurs „Intermediate Conversational Chinese” na yoyochinese.com i chodzić na zajęcia z chińskiego 2x w tygodniu.

Ogólnie przez pierwsze 2 miesiące było nienajgorzej, w tym czasie uczyłam się chińskiego średnio co drugi dzień. Natomiast niestety nie udało mi się dokończyć tego kursu na yoyochinese. Zrobiłam 48 na 50 lekcji i płatny dostęp do tego kursu skończył mi się w połowie marca. Więc mała rzecz, a przez nią czuję, że nie domknęłam tematu. Póki co planuję sobie ściągnąć pirackie nagrania tego kursu, zrobić te dwie brakujące lekcje i odhaczyć sobie ten kurs jako zrobiony :D.

Tj Holowaychuk @ unsplash.com

Poza tym w marcu poza zajęciami w ogóle nie uczyłam się chińskiego przez te dodatkowe pomysły z naprawianiem telefonów i tabletów oraz więcej czasu spędzane na dworze.

Więc z chińskim się trochę opuściłam i w kolejnych miesiącach planuję się pilnować, by przynajmniej 2 razy w tygodniu uczyć się chińskiego poza zajęciami. Wstępnie wyznaczam na ten cel poniedziałkowy i środowy wieczór.

Podsumowanie

Podsumowując bardzo fajnie udało się wdrożyć takie solidne, codzienne podstawy. Regularne ćwiczenia fizyczne, zaczynanie wcześniej dnia, dbanie o zdrowie i higienę pracy przed komputerem to naprawdę trudne do wdrożenia zmiany, o które walczyłam sama ze sobą naprawdę długo. Pozytywne jest to, że w kolejnych miesiącach już nie powinny absorbować uwagi i powinny stawać się coraz bardziej „moje” i automatyczne.

Szkoda, że trochę odpuściłam chiński, niezbyt udany był pomysł z majstrowaniem z telefonami. Za mało czasu poświęcałam na pisanie.

Cele na kolejne trzy miesiące:

  • Kontynuować wstawanie przed 9 (optymalnie między 7 a 8)
  • Kontynuować zdrowy tryb życia – joga, ćwiczenia, przerwy w pracy przed kompem
  • Dokończyć książkę i podjąć działania w kierunku jej spieniężenia
  • Uczyć się chińskiego 2x w tygodniu poza zajęciami

 

A Ty jak oceniasz swoje minione 3 miesiące? Co się udało zrealizować, a co nie za bardzo wyszło? Jeśli masz ochotę podziel się w komentarzach swoimi doświadczeniami :).

Nie wal głową w mur

Ile razy obiecujemy sobie, że zmienimy coś w swoim życiu. Od jutra biegam 3 razy w tygodniu. Od jutra wstaję codziennie o godzinę wcześniej, o 6:30, bez wyjątków! Od jutra nie jem po 18. Ile razy łamiemy tą obietnicę czasem po kilku dniach, czasem nawet po kilku tygodniach i z uczuciem porażki oraz odrobiny wstydu poddajemy się, by za jakiś czas znów z pełnym przekonaniem powiedzieć sobie „Od jutra biegam 3 razy w tygodniu!”.

Przez wiele lat tkwiłam w tej pułapce, obiecując sobie wciąż to samo i nie poświęcając nawet jednej dłuższej chwili na analizę co poszło nie tak. W niektórych sferach udało mi się to przełamać, w innych wciąż łapię się na popełnianiu tych samych błędów. Łatwo sobie powiedzieć, że nie wyszło, bo mieliśmy za mało silnej woli, bo zabrakło czasu, bo straciliśmy motywację. Nie wiedzieć czemu, za każdym razem wierzymy, że tym razem będziemy mieć masę silnej woli, czasu i motywacji.

Elaine Li
fot. Elaine Li @ unsplash.com

Prawda jest taka, że nie będziemy mieć. Będziemy mieć tyle samo siły woli, tyle samo, lub nawet mniej czasu i tyle samo motywacji. Nic się nie zmieni w tym temacie. Nie znaczy to jednak, że nasze marzenia o zmianie stylu życia należy skryć głęboko w szafie i o nich zapomnieć. Nie, nie musimy się jeszcze godzić z szarą rzeczywistością.

Weź pod uwagę punkt, z którego startujesz

Stanięcie twarzą w twarz z faktem, że nie zmienimy się z dnia na dzień, że nie staniemy się nagle super herosami o nadprzyrodzonej sile woli i motywacji jest w rzeczy samej uwalniający. Odsłaniający drogę prowadzącą tam gdzie chcemy dotrzeć. Zaakceptowanie naszych własnych ograniczeń i ograniczeń punktu z którego startujemy zmusza nas do zastanowienia się co poszło ostatnio nie tak. Pomyślenia nad tym, co można zmienić by się udało. Nie zadowolimy się prostym „tym razem bardziej się postaram”. Musimy pokopać głębiej, by zrozumieć co możemy zrobić dysponując naszymi ograniczonymi zasobami czasu, woli i energii.

puzzle-592803_1920_fotor

Czy to co chcesz zrobić pasuje do Twojej obecnej układanki?

Lubię myśleć o procesie samodoskonalenia, rozwoju osobistego jak o układaniu puzzli. To kim jesteśmy obecnie wyobrażam sobie jako już ułożoną część układanki, na której maluje się jakiś obrazek. Niepełny jeszcze, niedokończony. Jeśli jesteśmy młodzi, nie widać nawet jeszcze, co na tym obrazku będzie, nie widać w jakiej będzie tonacji kolorystycznej. Jeśli trochę już żyjemy, wyłania się już charakter obrazka, jest zdefiniowana kolorystyka. Zbyt często chcemy zupełnie odciąć się od tego co już zdołaliśmy przez te lata ułożyć i układać coś zupełnie nowego. To nie wyjdzie, musimy zaakceptować to kim jesteśmy tu i teraz, obraz który teraz przedstawia nasza układanka. Nawet jeśli nam się nie podoba, musimy zacząć z tego punktu. Kolejne puzzle, które dokładamy, muszą choć trochę pasować do obecnych, by zostać z nami na dłużej i nie odpaść przy pierwszym trudniejszym momencie.

Jeśli w dniu dzisiejszym prowadzimy wybitnie siedzący tryb życia, obiad jadamy w KFC lub McDonaldzie, a na kolację zajadamy tabliczkę czekolady nie staniemy się nagle dzikami siłowni wcinającymi trzy razy dziennie jarmuż z tofu. To nie jest nasza układanka. Bez względu na to jak bardzo nam się wydaje atrakcyjna. W żadnym stopniu nie pasuje do tego kim teraz jesteśmy, nie ma żadnych punktów wspólnych. Puzzle które próbujemy na siłę przyczepić nie będą się trzymać, a nam rychło zabraknie sił, by udawać, że jest inaczej.

Mała zmiana, to solidny początek wielkiej zmiany

Codzienne 15 minutowe spacery z pracy, albo zastąpienie KFC, raz w tygodniu na coś nieco zdrowszego ma szansę zadziałać. To są pierwsze kroki na naszej drodze do zmiany charakteru układanki, do wyłonienia z niej nowego obrazu. 15 minutowy spacer nie jest czymś co zburzy to kim dotychczas byliśmy, czymś co zaprzecza naszemu stylowi życia. Nie jest to coś do czego trzeba się nadzwyczajnym wysiłkiem zmuszać. Owszem, jak każda zmiana wymaga pewnego wysiłku i siły woli, ale jest to realne i nie wymaga postawienia całego życia do góry nogami. Nie jest to zmiana tak wyczerpująca, że będziemy potrzebowali wrócić do starych nawyków, by od niej odpocząć.

I dlatego to działa.

Za jakiś czas, gdy krótkie spacery staną się częścią naszego stylu życia możemy uznać „Kurczę, w sumie to dobrze się czuję jak się ruszam na świeżym powietrzu, może wyjdę sobie na rower raz w tygodniu”.

I w ten właśnie sposób można trwale zmienić swój styl życia. Metoda takiej stopniowej zmiany nazywa się „Kai zen” – metoda małych kroków. W ten sposób w stosunkowo krótkim czasie (kilku do kilkunastu miesięcy) można zmienić swoje życie w danej dziedzinie. Oczywiście wymaga to czasu, na efekt, którego pragniemy musimy poczekać. Jeśli przez kilka, kilkanaście lat żyliśmy w dany sposób, nie zmienimy tego z dnia na dzień. Nie ważne jak mocno będziemy tego pragnąć, próbując sforsować mur ewidentnie zbyt wysoki, nie ruszymy się na przód ani o krok. Będziemy tkwić dalej w tym samym punkcie z frustracją i bólem głowy na dokładkę.

Stosunkowo łatwo nam idzie planowanie rzeczy gdy ograniczenia są proste i namacalne. Nie będziemy deklarować, że pokonamy dystans 500 km w godzinę mając do dyspozycji tylko auto jako środek transportu. Wiemy, że jest to po prostu nie możliwe. Jednak pogodzenie się z istnieniem identycznych ograniczeń w sferze zmian życiowych dla wielu z nas jest niebywale ciężkie. Pragniemy zmian szybkich i widocznych. Jednak jeśli spojrzymy na nasze dotychczasowe starania, widać wyraźnie, że droga na skróty owszem, może się zdarzyć, ale niezwykle rzadko.

alessio-lin-141234.jpg
fot. Alessio Lin @ unsplash.com

Co zrobić?

Przygotować się na długą, aczkolwiek niezwykle miłą, satysfakcjonującą podróż składającą się z małych kroczków. Odpuścić sobie marzenia o drodze na skróty i osiągnięciu tego, co niemożliwe. Czas i tak upłynie, a już za rok możesz cieszyć się z trwałych zmian w swoim stylu życia jeśli tylko zaczniesz już teraz od małych, malutkich zmian, które można łatwo wpasować do Twojej obecnej, życiowej układanki :).

Co dla Ciebie będzie takim pierwszym krokiem? Jaką sferę życia pragniesz usilnie zmienić? Co możesz zrobić już teraz by element nowego stylu życia wpleść w obecny? Napisz mi w komentarzu, jestem szalenie ciekawa :).

W kolejnych wpisach postaram się opisać zmiany, które udało mi się wprowadzić w życie właśnie tą metodą, po kilkukrotnych próbach „walenia głową w mur”, oraz przeanalizować takie których jeszcze się nie udało. Jednocześnie mam nadzieję, że prowadzenie bloga będzie kolejną z rzeczy, które dołączą do tych udanych projektów i transformacji życiowych :).