Dlaczego wolę kupować rzeczy używane

Photo by Alexandra Gorn on Unsplash

Dla wielu osób rzecz używana kojarzy się z czymś znoszonym i zużytym do granic możliwości, towarem gorszej kategorii, koniecznością na którą muszą się decydować osoby najbiedniejsze.

Ja za to zawsze darzyłam sympatią fajne rzeczy używane, a pod wpływem mojego narzeczonego ta sympatia przerodziła się wręcz w miłość :).

Oczywiście, nie wszystkie towary warto kupwać używane. Są kategorie produktów, które lepiej jest kupić nowe i należy do nich bielizna, obuwie czy artykuły związne z higieną osobistą. Jednak znakomitą większość pozostałych rzeczy staram się kupować z drugiej ręki i myślę, że jest to duże źródło oszczędności w dłuższej perspektywie czasu.

Photo by Priscilla Du Preez on Unsplash
Photo by Priscilla Du Preez on Unsplash

POWÓD 1. Kupowanie rzeczy używanych to kupowanie z ogromnym rabatem.

Nie przepadam za kupowaniem ubrań w lumpeksach, ponieważ drażni mnie charakterystyczny zapach detergentów używanych do dezynfekcji tej odzieży. Jednak bardzo lubię przeglądać OLX w poszukiwaniu czegoś fajnego i kupować ciuchy od osoby prywatnej. Lepiej się czuję widząc od kogo te ubrania kupuję. A często ludzie sprzedają ciuchy w naprawdę dobrym stanie tylko dlatego bo im się przytyło lub po prostu już im się nie podobają.

Jednym z moich ostatnich zakupów tego typu był zakup siatki ubrań na OLX za 120zł. Znalazłam fajne ciuchy u jednej dziewczny na OLX. Podejchałam do niej obejrzeć na żywo i sobie powybierać co mi się podoba. Wybrałam sobie:

  • 4 koszulki – cena sklepowa 4x ~29zł
  • 2 koszule – cena sklepowa 2x ~69zł
  • 1x długie dżinsy Lee Wrangler – cena sklepowa ~259zł
  • 2x krótkie spodenki dżinsowe – cena sklepowa 2x ~59zł
  • 1x gruba bluza z kapturem – cena sklepowa ~89zł

Gdybym kupiła te wszystkie rzeczy nowe w galerii handlowej wydałabym 720zł. Zatem kupiłam sobie ubrania 84% taniej od szacowanej ceny sklepowej. Wydać 120zł a 720zł dla mnie jest ogromną różnica, a radość z tych ubrań mam taką samą. Część z nich jest w bardzo dobrym stanie, część z nich w stanie idealnym bez żadnych śladów użytkowania (bluza i dżinsy).

Moja mama kiedy radośnie przyszłam do domu z moim nowym nabytkiem powiedziała „no co Ty używane ubrania po kimś kupujesz… nie lepiej mieć nowe?” A później co się pojawiłam w nowej rzeczy padało pytanie „ale fajna bluzka, skąd masz?” :).

Oczywiście nie ma sensu kupować znoszonych i zniszczonych rzeczy używanych. Chodzi o to by kupować rzeczy używane dobre jakościowo i w dobrym stanie za ułamek ceny sklepowej.

Nie znaczy to, że kupuję tylko rzeczy używane. W sklepach też zdarzają się bardzo dobre promocje lub jeśli coś mi się bardzo podoba to po prostu sobie to kupuję. Jeśli mam wybór wolę po prostu nie przepłacać :).

Photo by Tran Mau Tri Tam on Unsplash
Photo by Tran Mau Tri Tam on Unsplash

POWÓD 2. Kupując rzeczy używane, można je później odsprzedać w zbliżonej cenie. Działa to jak najlepszy program „Pay back”. Pieniądze wracają na konto. 

Używane książki można kupić za 30-50% ceny nowej książki. Kolejne przeczytanie książki przez nas nie obniża już tej ceny. No chyba, że ją zalejemy kawą, pies ją obślini czy kot na nią nasika. Jeśli jednak dbamy o rzeczy i użytkujemy je normalnie, możemy ją odsprzedać w podobnej cenie i pieniądze wracają na nasze konto. Dla mnie to dobra motywacja by dbać o rzeczy :).

Konkretny przykład z życia wzięty:

Monitor do pracy

16.09.2016 wygrałam aukcję na allegro na Monitor Dell U2211H matryca IPS za 300zł.

Stan bardzo dobry, bez martwych pixeli. Używałam go codziennie przez rok do pracy. W to lato skończyłam pracę w IT i przestał mi być potrzebny. Wystawiłam go na OLX za 350zł. 

13.09.2017 pozwoliłam znegocjować cenę na 300zł i sprzedałam go.

Jakby to wyglądało gdybym kupiła nowy monitor? Byłabym w plecy z 500-700zł, ponieważ nie udałoby mi się odsprzedać monitora w nawet zbliżej cenie do ceny nowego produktu. Dla mnie koszt 500-700zł za przyjemność bycia pierwszym nabywcą produktu to zbyt wysoka cena. A monitor używało mi się równie dobrze, co nówkę sztukę.

Oczywiście nie wszystko co kupiłam udało mi się później sprzedać w identycznej cenie. Czasem kupiłam coś zbyt drogo, czasem zbyt długo czekałam na sprzedaż i przedmiot zdążył jeszcze mocniej stracić na wartości. Jednak rzeczy używane dużo wolniej tracą cenę. Ludzie bardzo wysoko cenią sobie możliwość bycia pierwszym nabywcą. Już samo rozpakowanie towaru z oryginalnego opakowania obniża jego cenę o 50%. Dalsze użytkowanie, jeśli dbamy o rzeczy, nie obniża znacząco jego ceny. Dla mnie lepiej jest odsprzedać używkę kupioną za 500zł po roku za 450zł niż kupić za 1000zł nówkę i po roku i tak odsprzedać ją za 500-450zł i stracić bezpowrotnie 500zł.

Photo by Malte Wingen on Unsplash
Photo by Malte Wingen on Unsplash

POWÓD 3. Produkt z wyższej półki w cenie produktu z niższej półki 

Powiedzmy, że mogę przeznaczyć na telefon 600zł. Gdybym chciała sobie kupić nowy telefon w tej cenie musiałabym się zadowolić modelem z najniższej półki cenowej, prawdopodobnie jakimś chińskim no-name. Nie dawałby mi radości użytkowania i z ogromną szansą zepsułby się po niedługim czasie. To oznacza, że straciłabym bezpowrotnie 600zł i musiałabym kupić nowy telefon. Mój zakup do niczego już by się nie nadawał.

Inaczej temat wygląda jednak jeśli rozejrzę się za telefonami używanymi. Za 600zł mogę kupić telefon solidnej firmy, ze sprawnie działającym systemem, wyposażony w dobry aparat i dobrze wyglądający. Użytkowanie takiego telefonu będzie mi sprawiało przyjemność. Jeśli kupiłam ten telefon bardzo tanio, mogę spokojnie po roku sprzedać ten telefon za 500-550zł i kupić sobie kolejny.

W tym wypadku tracę bezpowrotnie jedynie 50-100zł. Dla mnie różnica jest warta zachodu.

Tak samo w sferze ubrań, jeśli chcę przeznaczyć na płaszcz jesienny 250zł mogę kupić w dowolnej taniej sieciówce płaszcz w takim zakresie ceny. Prawdopodobnie zmechaci się po 1-2 sezonach. Jakbym chciała kupić dobry jakościowo płaszcz, dobrze uszyty i z dobrych materiałów musiałabym wydać 800-1000zł. Ale nie jestem skłonna tyle zapłacić za ubranie. Co zrobić? Przeglądam OLX w poszukiwaniu używanego płaszcza dobrej, drogiej firmy, w dobrym stanie i w moim przedziale cenowym :).

Zakupy rzeczy używanych – zwłaszcza jeśli chodzi o ubrania – różnią się jednak od zwykłych zakupów. Nie są takie „instant”. Nie wchodzę do galerii handlowej, nie wybieram spośród setek opcji i nie wychodzę w przeciągu godziny z nowym nabytkiem. Zakupy rzeczy używanych wymagają braku pośpiechu, cierpliwości w poszukiwaniu dobrej oferty. Ja osobiście jestem leniwa i nie lubię daleko dojeżdzać, nawet w obrębie Warszawy, więc ustawiam zazwyczaj filtry na OLX tylko na Warszawę Bemowo czyli dzielnicę na której mieszkam. To oznacza, że czasem muszę poczekać trochę dłużej zanim pojawi się w mojej okolicy jakaś fajna oferta.

Więc nie zawsze możemy sobie pozwolić na kupno używanych rzeczy, zwłaszcza jeśli chodzi o ubrania lub meble, bo na nie trzeba zwykle dłużej polować niż np. na elektronikę. Jeśli potrzebujemy czegoś na jutro i nic na OLX nic nie wygląda obiecująco, wiadomo, trzeba się udać do galerii handlowej i przepłacić. Jeśli jednak nie ma pośpiechu, ja wolę sobie powoli, w wolnych chwilach przejrzeć OLX w poszukiwaniu okazji :). Czasem w ogóle okazuje się, że mogę żyć bez tej rzeczy i wcale jej nie potrzebuję :).

 

Photo by Gary Chan on Unsplash
Photo by Gary Chan on Unsplash

POWÓD 4. Kupowanie rzeczy z drugiej ręki jest ekologiczne. 

Nie każdy przykłada wagę do ekologii, ja staram się zachować zdrowy rozsądek. Jednak obrazy gór elektrośmieci i innych odpadów przywiezionych ze świata zachodniego, a zalegające gdzieś w Afryce przemawiają do mnie dość wyraźnie.

Nie do końca czuję, że kultura jednorazowości jest OK. Poużywam, wyrzucę i kupię nowe. Nie jest to ani ekonomiczne, ani ekologiczne. Jeśli mogę kupić coś z drugiej ręki i wszyscy na tym zyskamy (ja kupię z dużym rabatem, sprzedający odzyska część zapłaconych pieniędzy, a środowisko nie zostanie od razu zarzucone kolejnym odpadem) to dlaczego nie?

Myślę, że raz wyprodukowane rzeczy powinny krążyć w użytku tak długo, póki są przydatne i nadają się do dalszego użytkowania. A bardzo często się nadają, mimo trendu celowego postarzania produktów i promowanej kultury konsumpcji :).

Photo by Alexandra Gorn on Unsplash
Photo by Alexandra Gorn on Unsplash

POWÓD 5. Kupowanie rzeczy z drugiej ręki często, choć nie zawsze, jest bardziej pewne. 

To może być dość kontrowersyjny punkt dla niektórych. Często, ale nie zawsze przedmiot używany jest bardziej pewny niż nowy. Jeśli jest to ubranie, było już nie raz prane i noszone. Dzięki temu widzimy czy kolory są wyblakłe, a szwy ponaciągane. Jeśli tak – po co kupować takie ubranie? Dziękujemy sprzedawcy i szukamy dalej. Jeśli nie, mamy ogromną szansę że ciuch posłuży nam jeszcze przez lata bo jest wykonany solidnie i z dobrych materiałów, a mamy szansę go nabyć za ułamek ceny początkowej. W przypadku nowego ubrania ciężej jest ocenić czy będzie trwałe, choć wprawne oko na pewno to potrafi dostrzec :).

A jeśli jest to elektronika? Jeśli towar posiada wadę fabryczną, prawdopodobnie zdążyła już się ukazać. Produkt również był już używany w wielu sytuacjach, jeśli jest nadal w dobrym stanie i działa bez zarzutu mamy dużą szansę, że będzie dalej dobrze działał. Chyba że, nie upłynął jeszcze termin gwarancji. Wtedy niestety istnieje duże ryzyko, że w okolicach terminu gwarancji coś się zepsuje. Jeśli przed terminem gwarancji – po prostu go oddamy do naprawy na koszt producenta. Jeśli po terminie? Mamy niestety pecha… Jednak to samo może nam się przydarzyć kupując towar nowy. Na celowe postarzanie produktów przez producentów nie mamy niestety wpływu. Mi natomiast używki mniej szkoda w razie gdyby coś poszło nie tak już po terminie gwarancji :).

Kolejnym powodem dla którego używki są często, choć nie zawsze, bardziej pewne to jest to o czym już wspomniałam. Możemy kupić produkt PREMIUM w cenie produktu z niskiej półki. Produkty premium zwykle są wykonane z solidnych materiałów i zaplanowane na długoletnie użytkowanie, a nie wymianę co sezon. Kupiliśmy z narzeczonym wiele używanych rzeczy premium w cenie ich tanich odpowiedników i służą nam szczęśliwie do dziś. Przyjemność z ich użytkowania jest bez porównania wyższa.

Photo by Nick Karvounis on Unsplash
Photo by Nick Karvounis on Unsplash

To są powody dla których często szperam na OLX i lubię kupować rzeczy używane. Uwielbiam uczucie, kiedy później je sprzedaję w podobnej cenie jak kupiłam i pieniądze wracają na moje konto. Lubię też po prostu kupować rzeczy premium za małe pieniądze. Tak naprawdę dopiero dzięki skłonności do kupowania rzeczy używanych miałam okazję poznać ogromną różnicę w jakości i trwałości między produktami premium a tymi z niższej półki.

Oczywiście taki styl kupowania nie jest dla każdego. Są osoby, które uwielbiają posiadać nowe rzeczy premium i stać je na to, by sobie pozwolić na taki luksus. Gdyby nie było takich osób, nie byłoby też możliwości kupowania tych produktów za ułamek ceny z drugiej ręki :). Ja osobiście mam większą przyjemność z posiadania pieniędzy niż z posiadania drogich przedmiotów, które szybko tracą na wartości. Dlatego na razie pozostaję w tej drugiej grupie kupujących ;). A oszczędności w perspektywie roku sięgają spokojnie kilku tysięcy złotych.

A wy jakie macie podejście do używek? Z jakiego zakupu jesteście najbardziej dumni? Co kupujecie używane, a co akceptujecie tylko nowe ze sklepową metką? 

Długie milczenie i zwrot w życiu

Zaliczyłam kolejny niezwykle długi przestój w pisaniu na blogu :). Ostatni post opublikowałam 24 maja, czyli 4 miesiące temu! Ale ile rzeczy się wydarzyło w tym czasie w moim życiu nie sposób opisać w jednym poście.

Zwolniłam się (już drugi raz :D) z pracy, która mimo, że dawała duże zarobki i swobodę nie możliwą do osiągnięcia nigdzie indziej, najzwyczajniej w świecie nie dawała mi satysfakcji. Spędzanie 6-8 godzin dziennie przed komputerem i monotonia zajęć mocno dawały mi się w kość i ciężko mi było zaakceptować taki stan rzeczy.

Co prawda dzięki pracy w 100% zdalnej wypracowałam sobie pewne zwyczaje, które sprawiały, że było mi trochę łatwiej funkcjonować na stanowisku, które w ogóle do mnie nie pasuje. Jednak ciągota mojego serca do czegoś bardziej spełniającego i mniej monotonnego była nie do powstrzymania.

Tak więc zrobiłam to. Zwolniłam się po raz drugi z tej samej firmy i tym razem nie wylądowałam w korpo betonie jak poprzednim razem. 12 czerwca założyłam własną firmę. 21 lipca skończył mi się okres wypowiedzenia w 10Clouds. Czy wiedziałam, że chwyci? Nie wiedziałam. Byłam nastawiona na zarobki rzędu 1000-2000zł przez pierwsze długie miesiące. Na początku miałam wątpliwości czy kiedykolwiek będę mogła się znowu cieszyć swobodą finansową taką jak w 10Clouds. Ale uznałam, jak nie teraz to kiedy? Jak zdecydujemy się na dzieci już nie będę mogła podjąć tak odważnej decyzji. Ile jeszcze lat mogę tkwić w stanie „tymczasowego” zajęcia zawodowego czekając na dobrym moment na wystartowanie czegoś własnego?

Rzeczywistość okazała się dla mnie bardzo łaskawa i zarobki bardzo szybko okazały się wyższe niż w mojej starej pracy. W wakacje zarobiłam na to, by sobie komfortowo odpocząć trochę na jesieni i szykować się na kolejne uderzenie na święta. Czy się uda? Mam nadzieję. Taki jest właśnie urok pracy na własny rachunek, że nigdy tak do końca nie wiadomo ile się uda zarobić i co chwyci, a co nie :).

Pierwsze sensowne pieniądze zarobione na handlu, a nie na pracy najemnej były niezwykle wyzwalające. O ile wcześniej umiałam zarabiać tylko i wyłącznie sprzedając swój czas, teraz wiem, że dam radę zarabić też w inny sposób :). Nie zależny tak ściśle od ilości poświęconego czasu. Napiszę więcej o tym w osobnych postach.

Brak energii mimo sukcesów, niespodzianka i kolejny zwrot w życiu 🙂

W sierpniu mimo, że firma kwitła i przekroczyła moje oczekiwania kilkunastokrotnie, miałam bardzo mało energii. Dużo pomysłów, ale realizacja najmniejszych z nich okazywała się ogromnym wyzwaniem. Nie za bardzo rozumiałam skąd u mnie taka niemoc twórcza, ale wszystko się okazało 31 sierpnia.

Spodziewamy się z moim narzeczonym dzidziusia :). Cały wrzesień niestety przeleżałam, byłam ogromnie zmęczona i osłabiona. Jedyne co byłam w stanie robić to obsługiwać tzw. „bieżączkę” w firmie – pakować paczki, odpowiadać na maile i telefony, realizować zwroty i wymiany i ogarniać kwestie księgowe. A to też z dużym wysiłkiem.

Dopóki nie zaszłam w ciążę, nie miałam pojęcia jak ogromnym wysiłkiem dla organizmu kobiety są pierwsze miesiące ciąży. Z zewnątrz jeszcze nic nie widać, ale w środku każdego dnia z niczego powstaje malutki człowieczek, jego mózg, nerki, mięśnie :). Moje samopoczucie w tym okresie moża porównać do samopoczucia podczas grypy – ciągłe zmęczenie, osłabienie, problemy z koncentracją. Tylko zamiast kaszlu i kataru, mdłości i wymioty :). Ale teraz jakoś powoli nabieram na nowo sił, mdłości prawie całkiem ustąpiły. Mam nadzieję, że ten przypływ sił zostanie mi już na stałe i dam radę przygotować coś ekstra na okres świąteczny w mojej firmie i pisać chociaż raz na miesiąc na blogu. Teraz jeszcze mamy na głowie organizację ekspresowego ślubu i mini przyjęcia weselnego, więc zajęć jes tyle, że ho ho :).

Moje sposoby na bezsenność

Z tego co pamiętam już jako dziecko miałam tendencję do przesiadywania wieczorami i ciężko było mnie zagonić do łóżka. Pamiętam jak w podstawówce czytywałam w nocy po kryjomu, bo nie mogłam zasnąć z ciekawości co będzie dalej w książce. Mój umysł był rozbudzony i chętny do działania. W gimnazjum często przesiadywałam przed komputerem po nocach, uczyłam się, pisałam lub czytałam. W drugiej i trzeciej klasie liceum rzadko kiedy udawało mi się usnąć wcześniej niż o 3 w nocy. Głowa mi pękała od myśli i pomysłów a serce rwało się do działania. To właśnie w godzinach nocnych miałam mega przypływ sił do działania i pracy twórczej. Bardzo na tym cierpiała niestety moja frekwencja na zajęciach i skupienie na lekcjach. Po zaledwie 3-4 godzinach snu często nie byłam w stanie się obudzić i przyjść na 8 do szkoły. Często z tego powodu nie spałam w nocy w ogóle. Wiedziałam, że jeśli się położę, to zaśpię. Można by powiedzieć, że urodziłam się typową sową i nocnym markiem, w ogóle nie dostosowaną do aktywności w godzinach porannych.

Jednak pomimo tego, że mój umysł ma skłonności do aktywności w godzinach nocnych, o wiele lepiej fizycznie i psychicznie czuję się jednak funkcjonując tak jak to urządziła natura. Ciemność pobudza nasz umysł do produkcji melatoniny, która sprawia, że jesteśmy senni. Gorzej widzimy po ciemku niż w jasności. Z natury wszyscy jesteśmy dostosowani do spania w nocy i aktywności w dzień. Dopiero sztuczne oświetlenie umożliwia nam bycie „nocnym markiem” czy „sową”.

Nie wiedzieć czemu mimo tych naturalnych skłonności do przesiadywania po nocach bardzo silna była we mnie potrzeba unormowania swojego rytmu dobowego i wstawania rano. Co ciekawe mój brat ma dokładnie tak samo jak ja. Żeby zrealizować w końcu moje wieloletnie pragnienie zaczynania dnia wcześnie z energią i radością musiałam sobie poradzić z bezsennością i karuzelą myśli i emocji, które spędzały mi sen z powiek ;).

Obecnie szczęśliwie bezsenne noce zdarzają mi się niezwykle rzadko. Od początku tego roku staram kłaść się jeszcze przed północą i udaje mi się wstawać między 7 a 9. Obecnie jako naturalna uplasowała mi się 8:30. Dla mnie, osoby z takimi a nie innymi tendencjami i pracującej z domu (mogę spać prawie do dowolnej godziny) to jest ogromny sukces. Uznałam, że sporo osób, zwłaszcza freelancerów, którzy nie mają zewnętrznych czynników zmuszających ich do rozpoczęcia dnia, może borykać się z podobnym problemem.

Sztuczne światło

Tak jak już wspominałam, nasz rytm dobowy jest regulowany przez wydzielanie melatoniny. Zasada jest bardzo prosta. Jeśli jest jasno, szyszynka (gruczoł umiejscowiony w naszym mózgu) nie produkuje melatoniny, a my nie jesteśmy senni. Kiedy zaczyna się ściemniać szyszynka powoli zaczyna produkować tzw. „hormon snu” czyli melatoninę, a nam zaczyna chcieć się spać. Kiedyś jedynym źródłem jasnego, intensywnego światła było słońce i ten mechanizm działał świetnie. Obecnie pomijając sztuczne oświetlenie w pomieszczeniach, każdy z nas nosi źródło intensywnego światła w swojej kieszeni w postaci smartfona i trzyma na biurku w postaci komputera.

Zwykle dzień kończymy od przeglądania social media na komputerze lub telefonie, siedząc w jasnym, doświetlonym pomieszczeniu. Nasz mózg nie otrzymał sygnału, że już się ściemniło i czas zacząć produkować melatoninę, by ululać nas do snu.

Dla mnie pierwszym milowym krokiem w walce z bezsennością było:

  1. Korzystanie z oświetlenia wieczornego.
    Czyli kupno lampki nocnej i wkręcenie słabszych żarówek o ciepłej barwie. Późnym wieczorem, jakiś czas przed tym kiedy chcemy iść spać przełączamy się na słabsze oświetlenie. W ten sposób mózg ma możliwość załapać, że już się „ściemnia” i można zacząć produkować melatoninę.
  2. Zainstalowanie Fluxa na komputerze i telefonie.
    Samo przygaszenie światła w pomieszczeniu nic nie pomoże jeśli nadal będziemy kierować w nasze oczy bardzo jasne ekrany. Kolejny krok to zmniejszenie jasności ekranów (komputera, telefonu) pod wieczór i zainstalowanie aplikacji Flux lub podobnej. Jest to aplikacja, która dostosowuje barwę światła ekranu do pory dnia. Im później tym ekran staje się bardziej pomarańczowy, przypominający barwę światła ognia, a nie słońca.
  3. Dla mnie to ciągle za mało 😉Przez to, że mam silną tendencję do siedzenia po nocach, mi to nie wystarczy. Żeby naprawdę nastroić się do snu potrzebuję przestać patrzeć w ekrany z godzinkę przed planowanym pójściem spać. Wtedy jest dobry czas na to by się umyć, poczytać, włączyć spokojną muzykę i porozciągać ciało po całodziennym siedzeniu.

Kawa i herbata

Niestety przez wiele lat ignorowałam związek picia herbaty i kawy z bezsennością. W liceum, kiedy moje problemy ze snem osiągnęły apogeum piłam kawę i herbatę przez cały dzień. Skoro zdarzało mi się nie spać w nocy w ogóle, lub spać tylko 3, 4 godziny musiałam się jakoś utrzymać na nogach w szkole i po szkole, by dotrwać do wieczora. Szkoda mi było dnia na drzemki ;).

Oczywiście są osoby bardziej i mniej wrażliwe na teinę i kofeinę. Być może jesteś osobą, która może wypić kawę czy herbatę o 20 i bez problemu zasnąć w okolicach północy. Jeśli tak, to super. Ja przez lata uważałam, że kawa i herbata nie mają żadnego wpływu na moją bezsenność. Dlaczego? Nie wiem. Jeśli nie wiesz dlaczego nie możesz spać po nocach, być może warto sobie ustanowić jakieś ramy czasowe na picie tych używek.

U mnie niestety nawet wypicie herbaty zielonej w godzinach wieczornych (18-19) skutkuje przewracam się z boku na bok w łóżku do 2 w nocy. Dlatego ja osobiście obecnie przestrzegam prostej reguły. Herbatę i kawę piję w dowolnych ilościach, ale do godz. 16. Dzięki temu nie czuję, że sobie coś odbieram i mam też powód by rano wstać (herbatka z rana to jest to) :).

Stres

Do czasu psychoterapii, na którą chodziłam 2 lata temu, stres był moim naturalnym stanem. Byłam zestresowana non-stop, więc nie zauważałam tego, że mam z tym problem. Jeśli masz ciągle boleśnie napięte i twarde mięśnie, zwłaszcza na karku, ciągłą gonitwę myśli od których nie potrafisz się opędzić, szybko się męczysz bez wyraźnego powodu i ciężko Ci się zmobilizować do działania, być może tak jak u mnie stres stał się dla Ciebie drugą naturą.

W moim przypadku to nie czynniki zewnętrzne powodowały, że byłam wiecznie zestresowana tylko bardziej moje własne myśli i emocje rodzące się się z tych myśli. Wewnętrzny krytyk huczał od rana do nocy, proste sytuacje się komplikowały przez zastanawianie się nadmiernie co inni sobie pomyślą, jak się zachować, co by było gdyby itd. I oczywiście do każdej sytuacji niezmiennie włączał się głos wewnętrznego krytyka.

Z wewnętrznym krytykiem i stresem przewlekłym na szczęście poradziłam sobie na psychoterapii. Na codzień pozostało tylko radzenie sobie ze stresem doraźnym i obniżanie go na koniec dnia.

Wieczorny wyciszający rytuał

Tak jak już wspominałam ostatnią godzinę przed snem staram się poświęcić na wyciszenie się. Ogarniam to co zdążyliśmy nabałaganić w ciągu dnia w mieszkaniu. Odkładam rzeczy na miejsce, przygotowuję przestrzeń tak, żeby rano było mi miło wstać i przywitać dzień. Następnie myję się i przebieram w pidżamkę. Jeszcze bardziej przygaszam światło, półmrok jest idealny na tą porę dnia. Staram się już nie zaglądać na social media i jak najmniej patrzeć na świecące ekrany. Puszczam sobie spokojną, kojącą muzykę. Np. uwielbiam słuchać Inger Gundersen. Rozkładam sobie miękki kocyk i rozciągam się. Czasem robię sobie sesję wyciszającej jogi z youtube, a czasem rozciągam się po prostu we własnym zakresie. To jest mój wieczorny rytuał, który mnie odstresowuje i przygotowuje do snu.

Natłok myśli

Jeśli jestem czymś bardziej zestresowana niż zwykle, opisuję temat w notesie, aż nie poczuję ulgi / nie znajdę dającego spokój rozwiązania. Jeśli mój umysł próbuje dalej prowadzić w myślach rozmowy z osobami z którymi miałam kontakt w ciągu dnia wyobrażam sobie, że fizycznie opuszczają mój dom i wracają do siebie. Jutro spotkamy się znowu, dziś czas się już pożegnać i zakończyć rozmowy :).

Zazwyczaj pisanie w dzienniku i wyciszająca joga wystarczą, by zatrzymać kołowrotek myśli i się wyciszyć. Czasem jednak mimo wszystko pozostaje jakiś niepokój i mam ochotę sięgnąć po telefon i posiedzieć na necie. Wiem, że skończy się to pójściem spać o 2, pobudką o 10 i niezadowoleniem z siebie, że tak późno zaczynam dzień.

Czasem zdarza mi się ulec, ale zawsze najpierw staram się zadać sobie pytanie „Czego szukam w tym telefonie/komputerze?”, „Czego mi brakuje?” Poczucia ukojenia? Akceptacji? Poczucia bezpieczeństwa? Poczucia pewności, że… ? „Czy mogę to zrobić jutro z samego rana?” Zwykle to już drastycznie zmniejsza poziom niepokoju. Jeśli nie, próbuję oszukać mój umysł :). „Ok, zrobię to, ale za godzinkę. Teraz sobie poleżę… tylko godzinkę”. Oczywiście z nadzieją, że przez tą godzinkę usnę. Przecież nie znajdę ukojenia i wyciszenia przeglądając facebooka czy wykop. Wręcz przeciwnie, to tylko rozkręci moje emocje i dołoży nowych.

Bardzo rzadko się zdarza, ale zdarza się, że coś mnie tak mocno poruszy, że nie mogę zasnąć i muszę z kimś o tym pogadać. Wtedy po prostu łamię swoje zasady i gadam aż nie wrócę do normy. To na szczęście zdarza się bardzo rzadko i ważne, że działa 😉

Podsumowanie

Niektórzy mogą się zastanawiać po co postępować wbrew swoim naturalnym skłonnościom. Jeśli jesteś sową, czemu nie zaakceptujesz tego, że nią jesteś? Ja mimo wszystko myślę, że najważniejsze jest, żeby być szczęśliwym i spełnionym w swoim życiu. Jeśli naturalne skłonności nie przynoszą satysfakcji i sprawiają, że źle się czuję, warto spróbować je zmienić.

Dla mnie funkcjonowanie w godzinach nocnych mimo, że łatwe i czasem twórcze, wcale nie było satysfakcjonujące. Mimo tego, że zdarzały mi się bardzo produktywne lub twórcze godziny wieczorem, przesypiałam prawie pół dnia, a w ciągu dnia marnowałam mnóstwo czasu na prokrastynację. Czułam się fatalnie sama ze sobą, że tak późno zaczynam dzień i że nie potrafię się zdyscyplinować. Pragnęłam zaczynać dzień rano i wcześnie kończyć pracę.

Myślę że blisko pół roku chodzenia spać w okolicach północy i wstawania ok godz. 8:30 to sukces z którego w końcu mogę zacząć się cieszyć.

Kiedyś moją naturalną godziną o której się budziłam była 10-11. Po przebudzeniu byłam rozmemłana, zdekoncentrowana i źle się czułam. Powoli rozkręcałam się do życia i pełnię skupienia i sił życiowych osiągałam po kilku godzinach od przebudzenia. Głodna robiłam się kilka godzin po przebudzeniu. Szczyt mojej aktywności umysłowej przypadał na późny wieczór. Jeśli zdarzyło mi się obudzić naturalnie wcześniej, czułam się o wiele lepiej, jednak nie potrafiłam tego powtórzyć przez dłużej niż tydzień – dwa tygodnie.

Obecnie moją naturalną godziną o której się budzę jest 8:30. Nie budzę się rano zamulona i osowiała jak kiedyś. Robię się głodna w ciągu 15 min od przebudzenia. Jeśli tylko mam możliwość daję sobie około godzinki porannego rytuału by się z rana dopieścić i w pełni rozkręcić do życia. Do południa jestem najbardziej produktywna i na te wczesne godziny przypada mój szczyt aktywności intelektualnej ;). Czyli jest dokładnie tak, jak chciałam i sobie wyobrażałam.

Ciężko uwierzyć, że jedna i ta sama osoba może jednocześnie mieć cechy sowy i skowronka. A jednak. Kiedy przez wiele lat walczyłam ze swoją skłonnością do późnego wstawania, bałam się, że zawsze będę się fatalnie czuła rano i wstawanie będzie udręką. Myślę, że mimo naturalnej skłonności, która prawdopodobnie jest wyuczona w dzieciństwie lub dziedziczna (moi rodzice to też sowy) to czy jesteśmy sową czy skowronkiem zależy w największej mierze od naszego stylu życia. Od tego kiedy jemy ostatni posiłek, czy poświęcamy chwilkę by pozbyć się stresu i nie zanosić go do łóżka, od naszych używek i godzin w których je przyjmujemy i od tego czy pozwalamy naszemu mózgowi wyprodukować hormon snu nie traktując naszych oczu intensywnym światłem do późnej nocy.

Godzina o której kładziemy się spać i godzina o której wstajemy są ze sobą ściśle związane, dlatego w kolejnym blogpoście napiszę o tym jak zmieniłam swoje poranki i jaki wpływ na to miała książka „Fenomen Poranka” o której się dowiedziałam z bloga Michała Szafrańskiego.

Dla mnie opanowanie bezsenności i ustabilizowanie wstawania o przyzwoitej godzinie to najważniejsze rzeczy, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić przez wiele lat i które podniosły satysfakcję z życia w tym roku o 200%. A czy dla Ciebie godzina o której kładziesz się spać i o której wstajesz też ma tak duże znaczenie? 🙂

 

5 zaskakujących faktów o Malcie

Pisałam już o tym jak wyglądała nasza wyprowadzka na Maltę i jak wyglądało nasze życie na Malcie. Dzisiaj napiszę o kilku ciekawostkach na temat Malty :).

1. Malta to ultra katolicki kraj

Często mówimy i myślimy o Polsce jako o skansenie katolicyzmu w postępowej Europie. Ale Malta nas na tym polu przebija. Na Malcie, której powierzchnię można przyrównać do powierzchni Wrocławia mieści się 360 kościołów. Dla porównania we Wrocławiu znajdziemy „tylko” około 80 kościołów. Warto przy tym pamiętać, że mimo podobnej powierzchni, duże połacie Malty to wsie i pola, a nie zabudowa miejska jak we Wrocławiu, więc realne zagęszczenie tych kościołów jest jeszcze większe.

Zatem na Malcie kościoły są dosłownie co krok. Co więcej – są pełne wiernych. Ale to jeszcze nie czyni z Maltańczyków ultrakatolickiego narodu, zgodzę się. Co powiesz na to, że ludzie w domach mają powystawiane w oknach mini ołtarzyki, bardzo często też jakieś figurki matki boskiej przed domem. Większość domów i budynków na Malcie ma swoją nazwę własną na tabliczce zamiast numerku (nie wiem jakim cudem listonosze to ogarniają). Nie przesadzę jeśli powiem, że w 90% przypadków są to imiona świętych. Oczywiście mówię tutaj bardziej o mniejszych miejscowościach, a nie o stolycy.

Na Malcie też odbywa się cała masa świąt związanych z katolickimi świętymi. Każdy z 360 kościołów ma swojego patrona i przypisany dzień w roku kiedy odbywa się festyn na jego cześć. Można więc powiedzieć, że impreza trwa cały rok :D.

2. Hobby Maltańczyków – myślistwo

Być może to nie pasuje wam do obrazu Malty jako idyllicznej wysepki na morzu śródziemnym, ale faktycznie Maltańczycy mają kręćka na punkcie strzelectwa i myślistwa. Kiedy tylko rozpoczyna się sezon można spotkać hobbystów strzelających do ptaków, a w parkach i na terenach zielonych leżą ogromne ilości łusek po nabojach wiatrówki.

Dodatkowo za narodową potrawę Maltańczyków uważa się królika, co również dopełnia obrazu jak silne są tradycje łowiecko-myśliwskie na Malcie.

Mimo tego Malta plasuje się raczej nisko w rankingach ilości broni posiadanej na mieszkańca. Według wikipedi zaledwie co 10 mieszkaniec Malty posiada taką broń, co jest wynikiem bardzo mizernym np. w porównaniu do Szwajcarii (co drugi mieszkaniec) czy Finlandii (trochę więcej niż co trzeci mieszkaniec). Najwyraźniej na Malcie dominują jednak wiatrówki, których raczej nie bierze się pod uwagę w takich zestawieniach.

3. Śmieci na ulicach i karaluchy

Na Malcie dominują wąskie uliczki z chodnikami dostosowanymi jedynie do poruszania się gęsiego. Ledwo jest miejsce by się minąć, nie mówiąc o wystawianiu jakichś koszy na śmieci. Odpadów z domu pozbywa się w inny sposób.

Rano wystawia się worek ze śmieciami na ulicę i ok 9 rano ulicą przejeżdża powolutku śmieciarka i Panowie śmieciarze biegają i zbierają wystawione worki i wrzucają je do toczącej się śmieciarki.

W praktyce wygląda to tak, że część ludzi wystawia worki już wieczorem i te śmieci przez całą noc w upale stoją. Panowie śmieciarze śpieszą się by zebrać wszystkie worki i nadążyć za śmieciarą, więc zdarza się, że śmieci rozsypują się po chodniku i nikt, poza karaluchami, już później tego nie sprząta.

Śmieci na Malcie zakaz
„Nie śmiecić” głosi tabliczka…

Być może w Valettcie i okolicznych dużych miastach są pracownicy, którzy sprzątają ulice, bo tam nie widziałam aż tak bardzo porozrzucanych śmieci. W mniejszych miejscowościach jak Bugibba nie ma pracowników porządkowych innych niż śmieciarze i jak śmieci się rozsypią to leżą. W upale.

Z tego powodu niestety na Malcie (w mniejszych miejscowościach na pewno, w większych nie wiem) są karaluchy. Zwłaszcza latem, przez wspomniane wyżej śmieci na ulicach wielkie karaczany chodzą i posilają się tym co wystawili na ulicę ludzie. Jest to bardzo obrzydliwe, być może po części dlatego Maltańczycy bardzo dbają o czystość mieszkań.

Ja się nauczyłam na Malcie, że nie ma takiej możliwości, by nie zmyć od razu naczyń po ich użyciu, zostawić okruszki na stole itd. Nie trzeba było mi wiele, wystarczyło, że raz zawitał do nas wielki karaluch ;). Zdjęć karaluchów Maltańskich nie mamy, ale uwierzcie mi, że są tak wielkie, że bałam się, że mi zabierze klapka gdy próbowałam go utłuc. Bleh.

5. Godziny otwarcia poczt i banków

Często narzekamy na godziny otwarcia poczt i urzędów w Polsce. Uwierz mi, Malta przebija to po całości. Ostatniego dnia pobytu na Malcie miałam wysłać dziewczynie jeden przedmiot, który ode mnie kupiła przez facebooka. Popracowałam trochę, minęło południe, myślę OK, trzeba to w końcu wysłać, czas na przerwę. Wchodzę sobie na stronę poczty a tutaj poczta otwarta do 12:45! Ups. No to biegnę! Uff, zdążyłam. Ledwo. Pan już zamykał, trochę przed czasem. Nie był zbyt zadowolony, że jeszcze ja mu się przypałętałam :). Później się okazało, że przesyłka została zgubiona oczywiście, no ale to inny temat. Udało się ją na szczęście odnaleźć.

Zatem na Malcie normalne jest, że poczta jest otwarta do 12:45. W stolicy – uwaga, szaleństwo – do 15:45. Z tego co patrzyłam w naszej miejscowości banki i urzędy otwarte są podobnie. Jak następnym razem będziesz narzekać, że musisz wziąć wolne w pracy żeby coś załatwić, pamiętaj, może być gorzej :). Przynajmniej na pocztę możesz się wybrać PO pracy.

6. Brak piaszczystych plaż

Widoki na Malcie są naprawdę piękne, zwłaszcza na wyspie Gozo, jednak jest jeden mały minus. Piaszczyste plaże praktycznie nie istnieją. No dobra przesadziłam, są na Malcie 3, może 4, spore, piaszczyste plaże, zbliżone do tego co my mamy nad naszym pięknym Bałtykiem. Coś za coś, u nas są piękne plaże i zimno, u nich gorąc i kamieniste wybrzeża.

No ale skupmy się na tych 3-4 piaszczystych plażach. W zasadzie nie będę ich opisywać tylko odsyłam do strony, gdzie każda z nich jest dokładnie opisana.

Pięęękna plaża w Għajn Tuffieħa

W naszej okolicy jedyną piaszczystą plażą był skrawek piasku przy szkole. W sezonie potrafiło się tam stłoczyć całkiem sporo osób, ale mimo wszystko jest to raczej zaciszne miejsce, znane jedynie mieszkańcom, więc nie było takiej tragedii jak w Golden Bay w sezonie, gdzie jest ciaśniej niż w Sopocie :). Mimo wszystko miło wspominam ten niewielki kawałek piaszczystego brzegu. Poza tym mieliśmy sporą żwirkową plażę 10 minut od mieszkania.

Co śmieszne, poza sezonem, ta plaża została „zwinięta”. W październiku przyjechały koparki, usypały żwirek na kupki i przykryły plandekami. Koniec z plażowaniem. Na „rozłożenie” plaży z powrotem czekaliśmy aż do kwietnia lub maja, nie pamiętam… Prawdopodobnie był to zabieg chroniący żwirek przed wypłukaniem i wywianiem podczas zimowej… „słoty”.

Żwirkowa plaża obok hotelu Dolmen, 10 min spacerkiem od naszego mieszkania

6. Najbardziej w życiu wymarzłam na Malcie

Teraz to pojechałam, co? Ale taka jest prawda. Zima na Malcie była naprawdę nieprzyjemna. Nie dlatego, że było jakoś bardzo zimno na zewnątrz – co to, to nie. Temperatura spadała maks do 8 stopni na plusie w nocy. Problem leży gdzie indziej. Zima na Malcie jest lekka i krótka. Powiedzmy, trzy miesiące i po krzyku. Z tego względu budynki są nieogrzewane, bo po co. Zatem w mieszkaniach jest naprawdę, cholernie zimno. Tak samo zimno jak i na zewnątrz, albo i zimniej. Wyobraźcie sobie wysiedzieć na dworze cały dzień przy 11-12 stopniach. Zimno!

Oczywiście część ludzi się dogrzewa farelkami, piecykami. W naszym mieszkaniu niestety nie było żadnego piecyka, zastanawialiśmy się czy nie kupić, ale oszczędność przeważyła i jakoś przecierpieliśmy. Zresztą znajomy nas zniechęcił do piecyków gazowych – bo zapach wydzielają nieprzyjemny. I do elektrycznych – bo pioruńsko drogo wychodzi (prąd na Malcie jest droższy niż w Polsce).

Więc naprawdę, nigdzie nie wymarzłam tak jak w zimę na Malcie i pracowałam nie raz w kurtce, szaliku i jeszcze owinięta kocem ;).

Nieprzyjemne odczucia potęgowała jeszcze zimna woda w kranie. Ze względu na dość wysokie ceny prądu, na Malcie powszechną zasadą jest, że wodę się podgrzewa tylko wtedy kiedy jest potrzebna. Chcesz się wykąpać? Włączasz sobie grzanie wody i za 30-60 min masz cieplutką. Więc rano niestety wstawało się z ciepłego łóżeczka do lodowatego pokoju i myło zęby w lodowatej wodzie :D.

Znasz więcej ciekawostek o Malcie? A może coś Cię zaskoczyło mocno w innym kraju? Napisz mi koniecznie w komentarzu 🙂

Podsumowanie stycznia, lutego i marca 2017

25% roku 2017 już za nami, w związku z tym jak zawsze pora na małe podsumowanie. Zazwyczaj takie podsumowania robiłam sobie gdzieś w notatniku, a tym razem napiszę tutaj na blogu.

Jestem bardzo zadowolona z minionych 3 miesięcy, wygląda na to, że udało się w końcu wdrożyć w życie sporo rzeczy, które próbowałam wcześniej wielokrotnie bezskutecznie wdrożyć w życie.

Udane aspekty minionych 3 miesięcy

Wstawanie wcześniej

Dobrze jest wstać wcześnie, zacząć szybko pracę i mieć wieczór dla siebie. Niestety dla mnie, dla osoby pracującej z domu i mającej dość elastyczny czas pracy zmotywowanie się do wygrzebania się z ciepłego łóżka było bardzo trudne.

Przyznaję, że przez wiele lat próbowałam wyrobić sobie nawyk wstawania rano, niestety bez rezultatów (zwykle wracałam do starych przyzwyczajeń po max 2 tygodniach). Pierwsze trzy miesiące roku 2017 przyniosły zmianę w tej materii. Przemyślałam dlaczego dotychczas nie udawało mi się wytrzymać w nowym nawyku wstawania rano i spróbowałam ponownie, tym razem trochę inaczej.

Wstawanie rano zawsze kojarzyło mi się raczej z przykrymi rzeczami i nie robiłam nic by poprawić ten stan rzeczy. Gdy zdarzyło mi się wstać wcześniej od razu siadałam do pracy, często bez śniadania. Jak tu nie wrócić do słodkiego wylegiwania się do 10 w ciepłym łóżku, kiedy za wczesne wstawanie dawałam sobie taką „nagrodę”?

Uznałam, że muszę zbudować pozytywne skojarzenia ze wstawaniem rano, żeby autentycznie czerpać przyjemność z wczesnego zaczynania dnia i zmienić w końcu ten element mojego stylu życia.

Jennifer Pallian @ unsplash.com

Zatem zdecydowałam, że pierwsza godzina każdego dnia ma być tylko dla mnie. Zero siadania do pracy na głodniaka, zero stresu i zero zmuszania się do czegokolwiek przez 1 godzinę dnia.

A więc od mniej więcej połowy lutego, poranek stał się dla mnie synonimem:

  • ładnej muzyki
  • gorącej herbatki
  • ciepłego kocyka
  • delikatnie rozbudzających ćwiczeń jogi
  • dobrego śniadanka

Dodatkowo, żeby wypocząć w nocy i wstać z energią:

  • unikam wpatrywania się w urządzenia elektroniczne po 21
  • nie piję kawy i herbaty po 16
  • kończę dzień krótkim rozciąganiem

W lutym dodatkowo przeczytałam książkę „Fenomen Poranka”, o której się dowiedziałam z bloga Michała Szafrańskiego. Dodałam do swojego „rytuału” też kilka rad z tej książki.

Jedną z tych rad jest wypicie dużej ilości wody zaraz po przebudzeniu. Wcześniej lubiłam jeszcze chwilkę po wyłączeniu budzika sobie poleżeć i oczywiście mój odwodniony organizm natychmiast odpływał w mroki nieświadomości. Teraz jedyna rzecz, o której muszę pamiętać rano, to żeby wypić szklankę wody :). Wypita szklanka wody cuci na tyle dobrze, że już nie zasypiam ponownie. Ściągnęłam sobie też przyjazny budzik Easy Rise Alarm Clock. Bardzo mi pasuje. Zamiast zwykłego alarmu jest głos prowadzący coś w rodzaju medytacji-wizualizacji, która powoli i stopniowo wyprowadza człowieka ze snu. Trwa to ok 5 minut i u mnie naprawdę się fajnie sprawdza.

Efekt? Od półtora miesiąca wstaję średnio 2 godziny wcześniej, często bez budzika. Mimo, że docelowo marzy mi się wstawanie o 6 rano bez budzika, myślę, że to jest świetne pierwsze parę kroczków i postaram się to podtrzymać przez kolejne 3 miesiące :).

Wg arkuszy na których sobie zaznaczam takie rozłożone w czasie cele, łącznie 60 razy udało się wstać przed 9 w ciągu ostatnich 90 dni :). Good enough, zwłaszcza, że w marcu zazwyczaj była to 7:30-8 :). Bardzo się cieszę, bo bardzo to mi ułatwia zachowanie równowagi między pracą i życiem, oraz realizację tego co sobie założę w ciągu dnia.

Na takich arkuszach zaznaczam sobie codziennie wieczorem jak mi idzie realizacja celów rozłożonych w czasie
Zdrowie, kręgosłup i sport

Ustalając 3 miesiące temu cele na rok 2017 uznałam, że najważniejszym punktem koncentracji będzie zdrowie i kręgosłup. Niestety jak już wspominałam praca przed komputerem, zwłaszcza na Malcie na nieodpowiednim krześle, dość mocno odbiła się na moim kręgosłupie. Dodatkowo na trampolinach (w Hangar 646) nabawiłam się kontuzji robiąc nieudane salto, którą potem tylko pogłębiłam próbując surfingu w Lizbonie, mimo uciążliwego bólu pleców. Uznałam, że jeśli nie chcę zapracować na poważniejsze problemy zdrowotne, muszę zacząć działać już teraz i coś z tym zrobić.

Trochę pochodziłam po lekarzach, zrobiłam sobie RTG, lekarz mi przypisał jakieś leki przyśpieszające regenerację mięśni po tej kontuzji, ale przyznam, że ćwiczenie codziennie jogi zrobiło dla moich pleców więcej niż cokolwiek innego wcześniej. Nie sądziłam, że codzienne proste ćwiczenia rozciągająco-wzmacniające mogą tak szybko przynieść takie rezultaty.

Często ćwiczę jogę z Gosią Mostowską, która ma fantastyczne filmiki na youtube. A czasem po prostu robię takie ćwiczenia z jogi, na które mam akurat ochotę.

Dodatkowo ostatnio przeczytałam na blogu Andrzeja Tucholskiego sugestię, by robić w przerwach od pracy proste ćwiczenie – mostek piersiowy. Jeśli dużo siedzicie i zaczynacie mieć problemy z plecami, polecam.

Poza jogą rano i wieczorem, której nie traktuję jako sport tylko relaks, chodziliśmy z Cezarym 2 razy w tygodniu do Calypso na siłownię. Bardzo jestem zadowolona z tego nowego zwyczaju, aczkolwiek teraz jak się zrobiło cieplej raczej częściej będziemy wychodzić na świeże powietrze niż na siłownię.

Wg moich magicznych karteczek w ciągu ostatnich 3 miesięcy średnio 2-3 razy w tygodniu uprawiałam sport (plus relaks jogą rano i wieczorem), więc jest naprawdę super ;).

Zmiana organizacji pracy

Kolejna dobra zmiana, to w końcu wprowadzenie sensownych przerw od pracy przed komputerem. Moim wielkim problemem było to, że potrafiłam się oderwać od pracy co najwyżej na szybkie siku. Efektem takich kilkugodzinnych ciągów siedzenia przed komputerem oczywiście było ogromne zmęczenie po pracy. Ból oczu i kręgosłupa. W marcu w końcu zaczęłam robić właściwy użytek z aplikacji typu „Pomodoro” mimo, że używałam ich już wcześniej.

W skrócie „Pomodoro” to sposób organizacji pracy / nauki w cykle przeplatane przerwami. System sugeruje 5 min krótkiej przerwy na każde 25min pracy i 15min przerwy po każdych 2 godzinach pracy. Ja stosuję te domyślne interwały pracy, ale można sobie to dostosować. Istnieje masa aplikacji na komputer i telefon, które odmierzają czas i przypominają nam o tych przerwach. Ja akurat używam Tomighty na Maca.

Oli Dale @ unsplash.com

Jak już wspomniałam, wcześniej zdarzyło mi się używać tej aplikacji, tylko oczywiście robiłam to źle. 25 min pracowałam i 5 min siedziałam na facebooku / wykopie. Dopiero niedawno zrozumiałam, że siedzenie np. na facebooku to nie jest żaden odpoczynek. 5 min przerwy nie jest przerwą dla umysłu, tylko przerwą dla ciała. Teraz podczas tych przerw wstaję od komutera, trochę rozciągam i rozgrzewam zastane kości, patrzę sobie chwilkę przez okno by rozluźnić oczy. Składam pranie, albo wstawiam nowe. Odkładam na miejsce rzeczy, które nam się gdzieś walają po mieszkaniu. Przemyję zlew w łazience itd. Za to uwielbiam pracę zdalną :).

Taka organizacja pracy mi dużo bardziej służy, nie jestem wyczerpana po pracy i mam jeszcze siłę na inne rzeczy. Z bólami pleców, które wcześniej były codziennością praktycznie się pożegnałam. 5 minut to nie jest czas w którym człowiek zdąży się rozproszyć i stracić „kontekst”, wręcz przeciwnie można sobie na spokojnie pomyśleć o danej rzeczy w szerszym kontekście. Poza tym naprawdę zaskakujące jest, jak dużo można posprzątać w ciągu kilku pięciominutowych przerw w siedzeniu przed komputerem ;).

To są 3 rzeczy, z których jestem najbardziej zadowolona. Poza tym był bardzo fajny wyjazd do Krakowa na FxCuffs, wspaniały weekend w którym piszę tego blogposta – na prima aprilis do Warszawy zawitało lato, wspaniale wypoczęliśmy jeżdżąc na rowerach i wygrzewając się na słońcu. Ale w ostatnich 3 miesiącach było też kilka rzeczy z których nie jestem zadowolona.

Niezbyt udane aspekty minionych 3 miesięcy

Pomysły na dodatkowy dochód

Jednym z celów na ten rok jakie sobie założyłam jest odłożenie pewnej sumy pieniędzy, która przekracza moje obecne możliwości finansowe. Specjalnie postawiłam sobie taki wygórowany cel, żeby pobudzić się do działania i nie popaść w konsumpcjonizm i samozadowolenie. Z tego względu nie będę miała sobie za złe jeśli zrealizuję ten cel w 50-70% i i tak uznam to za sukces. Na razie mamy marzec i zrealizowałam 12% tego założenia. W związku z tym pojawiły się u mnie niezbyt mądre pomysły na dodatkowy dochód.

Fabian Blank @ unsplash.com

Oczywiście najłatwiejszą metodą zwiększenia dochodu jest po prostu pracowanie nadgodzin, ale ja obecnie nie mam projektu w którym mogę takie nadgodziny robić (wręcz nie udaje mi się wyrobić normy, długo czekam na designy i kolejne materiały, więc mam przestoje w pracy). Poza tym siedzenie przed komputerem mnie nuży i męczy, więc każda dodatkowa godzina kodzenia jest odkupiona ogromnym wysiłkiem.

Wymiana rozbitych wyświetlaczy

W związku z tym nieustannie atakują moją głowę różne pomysły na dodatkowy dochód. Tym razem wymyśliłam, że będę kupować rozbite telefony i wymieniać wyświetlacze i sprzedawać je dalej na allegro. Pooglądałam różne tutoriale, kupiłam sobie zestaw narzędzi – śrubokręciki i inne pierdoły. Super. Szkoda tylko, że słabo się znam na telefonach i elektronice, nie wiem co ile powinno kosztować i co się sprzeda, a co się nie sprzeda. Poza tym jestem w gorącej wodzie kąpana i chcę mieć szybko efekty :). Wymieniłam z sukcesem wyświetlacz w szajso tablecie Lenovo, ale niestety popełniłam po drodze kilka błędów zamawiając części (okazało się, że trzeba było zamówić więcej tych części niż myślałam na początku) i ostatecznie będę zmuszona sprzedać go ze stratą. Kupiłam dwa tablety Surface, ale nie poświęciłam czasu na research i kupiłam RT a nie PRO na których praktycznie nie ma ruchu i sprzedaję je obecnie powoli na części. Jedyne co udało mi się z zyskiem sprzedać podczas tej wesołej przygody to Sony Xperię Z, której nawet nie naprawiałam tylko wystawiłam drożej niż kupiłam i udało się ją sprzedać z 33% zyskiem.

Oliur Rahman @ unsplash.com

Pomysł na grzebanie w sprzęcie po godzinach na razie zarzucam, nie zbyt pasuje do mojej osobowości, zainteresowań i temperamentu. Oczywiście jestem przekonana, że można na tym temacie zarobić jeśli się poświęci więcej czasu na obeznanie się z rynkiem, modelami telefonów, znalezienie dobrych źródeł części zamiennych itd. Ja uznałam, że na razie lepiej będzie jeśli się skupię na rzeczach, które mnie satysfakcjonują / dają przyjemność zamiast dokładać sobie kolejną po programowaniu rzecz, której nie lubię. Przyznam, że jeszcze samo rozkładanie i naprawianie sprzętu jest całkiem interesujące i satysfakcjonujące, ale już przeglądanie allegro w poszukiwaniu sprzętu do naprawy i odsprzedaży oraz wystawianie naprawionego sprzętu to jest coś czego po prostu nie znoszę, a zajmuje równie dużo czasu co samo naprawianie. Na razie daję sobie na wstrzymanie i czas na sprzedaż tego co kupiłam dotychczas.

Napisanie książki

Ten temat już jest o wiele rozsądniejszy. W liceum byłam w klasie dziennikarskiej i bardzo lubię pisać. Napisałam nawet w 2011 roku książkę o zdrowym odżywianiu (120 stron w Wordzie), niestety nic z tym nie zrobiłam i wylądowało w szufladzie. Teraz ciężko mi znowu zapałać zainteresowaniem do tego tematu, ale być może coś jeszcze z tego zrobię. Teraz piszę krótki poradnik na temat, który w świecie książek-poradników jeszcze za bardzo nie zaistniał, mimo że w mediach się już całkiem szeroko przebija.

Annie Spratt @ unsplash.com

Pisanie książki jest pomysłem na dodatkowe parę złotych, który wydaje mi się, że ma szansę się udać. Jest spójny z moimi zainteresowaniami i spontanicznym sposobem spędzania wolnego czasu. Dlaczego więc umieściłam to w kategorii niezbyt udanych aspektów minionych 3 miesięcy? Głównie z powodu niepoświęcenia na to wystarczająco dużo czasu. Chcę w ciągu kolejnych 3 miesięcy zamknąć ten temat i wysłać już wersję przed korektą itd do wydawnictwa. Jeszcze nie wiem jakie to będzie wydawnictwo, możliwe, że nawet Złote Myśli (:D), bo nie zależy mi na prestiżu tylko na tym by wpadło dodatkowe parę złotych. Ale tego jeszcze nie wiem, na razie najważniejsze to żeby ta książka powstawała w wersji 1.0.

Chiński

Jednym z celów na ten rok jest zdać HSK 3 (certyfikat znajomości j. chińskiego na poziomie porównywalnym do angielskiego B1). Chociaż szczerze mówiąc wydaje mi się, że hurraoptymistycznie sobie to założyłam, bo jednak do tego HSK 3 wciąż mi sporo brakuje i czasem nawet słownictwo na poziomie HSK 2 sprawia mi trudność. No ale zobaczymy jeszcze jak to będzie.

Żeby osiągnąć ten cel ustanowiłam sobie 2 cele pomocnicze – skończyć kurs „Intermediate Conversational Chinese” na yoyochinese.com i chodzić na zajęcia z chińskiego 2x w tygodniu.

Ogólnie przez pierwsze 2 miesiące było nienajgorzej, w tym czasie uczyłam się chińskiego średnio co drugi dzień. Natomiast niestety nie udało mi się dokończyć tego kursu na yoyochinese. Zrobiłam 48 na 50 lekcji i płatny dostęp do tego kursu skończył mi się w połowie marca. Więc mała rzecz, a przez nią czuję, że nie domknęłam tematu. Póki co planuję sobie ściągnąć pirackie nagrania tego kursu, zrobić te dwie brakujące lekcje i odhaczyć sobie ten kurs jako zrobiony :D.

Tj Holowaychuk @ unsplash.com

Poza tym w marcu poza zajęciami w ogóle nie uczyłam się chińskiego przez te dodatkowe pomysły z naprawianiem telefonów i tabletów oraz więcej czasu spędzane na dworze.

Więc z chińskim się trochę opuściłam i w kolejnych miesiącach planuję się pilnować, by przynajmniej 2 razy w tygodniu uczyć się chińskiego poza zajęciami. Wstępnie wyznaczam na ten cel poniedziałkowy i środowy wieczór.

Podsumowanie

Podsumowując bardzo fajnie udało się wdrożyć takie solidne, codzienne podstawy. Regularne ćwiczenia fizyczne, zaczynanie wcześniej dnia, dbanie o zdrowie i higienę pracy przed komputerem to naprawdę trudne do wdrożenia zmiany, o które walczyłam sama ze sobą naprawdę długo. Pozytywne jest to, że w kolejnych miesiącach już nie powinny absorbować uwagi i powinny stawać się coraz bardziej „moje” i automatyczne.

Szkoda, że trochę odpuściłam chiński, niezbyt udany był pomysł z majstrowaniem z telefonami. Za mało czasu poświęcałam na pisanie.

Cele na kolejne trzy miesiące:

  • Kontynuować wstawanie przed 9 (optymalnie między 7 a 8)
  • Kontynuować zdrowy tryb życia – joga, ćwiczenia, przerwy w pracy przed kompem
  • Dokończyć książkę i podjąć działania w kierunku jej spieniężenia
  • Uczyć się chińskiego 2x w tygodniu poza zajęciami

 

A Ty jak oceniasz swoje minione 3 miesiące? Co się udało zrealizować, a co nie za bardzo wyszło? Jeśli masz ochotę podziel się w komentarzach swoimi doświadczeniami :).

Weekend w Krakowie i FxCuffs 2017

Dotychczas byłam w Krakowie na dłużej tylko raz – na wycieczce szkolnej w liceum. Na wycieczkach szkolnych byłam bardziej zainteresowana rozmowami z koleżankami niż zwiedzaniem, więc praktycznie nic nie zapamiętałam. Poza tym Kraków kojarzył mi się raczej ze wszystkim co najgorsze – korkami i smogiem. Przy okazji tegorocznej konferencji FxCuffs, która już 3 raz odbywa się w Krakowie, postanowiłam zweryfikować swoje wyobrażenia na temat tego miasta :).  

Dzień 1 – Krakow Macabre

Przyjechaliśmy do Krakowa pod wieczór i od razu wybraliśmy się na Free Walking Tour „Krakow Macabre” o 20. Z Free Walking Tour zetknęliśmy się pierwszy raz w Lizbonie i byliśmy bardzo zadowoleni. Są to krótkie (1-2 godzinne) wycieczki spacerowe po mieście prowadzone przez pasjonatów. Wycieczki nie mają ustalonej ceny, po zakończeniu wycieczki można zapłacić taką kwotę jaką się uważa. Warto nadmienić, że wycieczki są prowadzone po angielsku, są skierowane głównie do zagranicznych turystów, chociaż na tej na której my byliśmy było 40-50% Polaków :). 

Kraków Free Walking Tour Krakow Macabre

„Krakow Macabre” nie zawiodło nas i podobało nam się równie mocno co wycieczka po Lizbonie. Pozornie nieistotne elementy, które mijamy w mieście, nabierają znaczenia i ożywają dzięki opowiedzianym przy nich historiom. Na „Krakow Macabre” dowiedzieliśmy się między innymi:

  • Jak kat w średniowiecznym Krakowie znajdował sobie żonę i jakie niedogodności wiązały się z pełnieniem tego niechlubnego zajęcia
  • Skąd się wzięło określenie „gamratka” na prostytutkę i co to ma wspólnego z nazwiskiem biskupa krakowskiego Piotra Gamrata
  • Dlaczego w średniowiecznym Krakowie co sobotę w bramie kościoła stali przykuci ludzie?
  • Dlaczego w minionych wiekach młode, krakowskie kobiety sypiały w trumnach?
  • Gdzie mieszkało 3 krakowskich seryjnych morderców i jakie były motywy ich zbrodni?
  • Dlaczego po otworzeniu grobu Kazimierza Jagiellończyka członkowie ekspedycji zaczęli umierać jeden po drugim, w tajemniczych okolicznościach?

 

Niepozorne kajdany po obu stronach bramy kościelnej w średniowieczu miały swoje zastosowanie. To miejsce znajduje się na Rynku Głównym kawałek za Hard Rock Cafe – jakbyście szukali 🙂

Kajdany przy bramie kościelnej, niepozorny szczegół, który normalnie byśmy przeoczyli. Okazuje się, że jest z nimi związana całkiem ciekawa historia. W średniowieczu co sobotę byli tutaj przykuci kochankowie, których złapano na łamaniu 6 przykazania – w tamtych czasach bardzo poważne wykroczenie 😉 . Uciążliwość tej kary polega na tym, że kajdany, które były zakładane na szyję, są umieszczone na takiej wysokości, że nie da się ani stać, ani usiąść, ani klęczeć. Przez co trzeba spędzić wiele godzin w pozycji przykurczonej. Całe szczęście, że dzisiaj już się nie stosuje takich metod umoralniania społeczeństwa, czyż nie? 😉

Właśnie za to tak polubiłam Free Walking Tours. Odwiedzone miasto przestaje być takie jak wszystkie inne (kościół, zabytek, kościół, ryneczek), a staje się kolażem ciekawostek i opowiedzianych historii. Wspomnienia wzbogacone o opowiedziane historie są trwalsze i bardziej barwne :).

Jeśli chodzi o inne ciekawostki zastanawiałam się, czy je opisywać tutaj, czy może zostawić Ci przyjemność udania się na tą wycieczkę gdy będziesz w Krakowie i odkrycia odpowiedzi w trakcie spaceru :). Wybrałam to drugie, jednak zawsze możesz zapytać w komentarzu lub pogooglać temat :D. Jeśli znasz jakieś inne ciekawostki o Krakowie, napisz mi proszę.

Dzień 2 – wykłady na FxCuffs

Dzień spędzony praktycznie całkowicie na wykładach na konferencji FxCuffs 2017. Duża dawka inspiracji, sporo ciekawych wykładów. Poniżej parę słów moich refleksji na temat wykładów/prezentacji, które szczególnie mi się spodobały lub dały do myślenia.

„Najskuteczniejsza strategia inwestowania w nieruchomości” – Wojciech Orzechowski

Z Wojtkiem Orzechowskim zetknęłam się już wcześniej, ponieważ dość aktywnie reklamuje swoje warsztaty (WIWN) na facebooku wzbudzając dużo sceptycznych reakcji. Raz nawet byłam na jego webinarze, który organizuje cyklicznie w środy i wtorki. Jego prezentacja na FxCuffs opierała się na tej samej prezentacji, którą prezentował na webinarze, jednak miło było zobaczyć jego (oraz jego żonę i dzieci) na żywo.

O czym był wykład?

Orzechowski popularyzuje tzw. „flipy”. Jest to strategia inwestowania w nieruchomości, której esencję można wyrazić w haśle „kup tanio, wyremontuj, sprzedaj drogo”. Wojtek Orzechowski proponuje kupowanie dobrych (pod względem lokalizacji, rozkładu pomieszczeń, ilości światła dziennego, metrażu itd.) mieszkań, które są w bardzo słabym stanie, do generalnego remontu. Stosunkowo łatwo na takich mieszkaniach wynegocjować okazyjną cenę. Pracą, która jest do wykonania po naszej stronie, jest generalny remont i zrobienie z mieszkania przepięknie wykończonej perełki, za którą ludzie będą skłonni zapłacić sporo więcej niż koszty jakie ponieśliśmy. Faktem jest, że dobrze wykończonych mieszkań jest na rynku mało i dość szybko schodzą.

Moje odczucia i refleksje

Pułapki jakie ja tu widzę, to pułapka kosztów remontu – bez doświadczenia i nie mając namiarów na dobre sprawdzone ekipy remontowe, koszty remontu mogą łatwo pogalopować i wyzerować marżę, którą byśmy chcieli dołożyć do naszych kosztów zakupu mieszkania i kosztów remontu. Niedoświadczona osoba może też kupić mieszkanie, które nawet po generalnym remoncie może być ciężko sprzedać, lub mieszkanie którego remont będzie bardzo kosztowny. Orzechowski proponuje tutaj swoje warsztaty/doradztwo, ale ja raczej wolałabym iść swoją drogą, chociaż kto wie :).

Generalnie jestem sceptycznie nastawiona do obecnych cen nieruchomości i kusząco niskich stóp procentowych (nie będą niskie wiecznie, tak jak frank nie pozostał wiecznie tani), aczkolwiek gdybym miała minimalny kapitał by zacząć się bawić we flipy w Warszawie, czyli ok 55 000 zł i zdolność kredytową, myślę, że bym rozważała spróbowanie swoich sił w tym polu, jako że zysk przy tym podejściu jest realizowany w perspektywie krótkoterminowej (myślę, że maksymalnie około roku, wg zapewnień Wojtka dużo szybciej). Na razie zbieram oszczędności i czekam na znaczne przeceny na rynku nieruchomości, których się spodziewam w ciągu 5-7 lat w związku z pokoleniem niżu demograficznego, które niedługo wejdzie w wiek wczesnoprodukcyjny, obniżając popyt na mieszkania.

demografia Polska ilość dzieci wykres
Za parę lat znacznie się zmniejszy ilość osób w wieku wczesnoprodukcyjnym, a tacy najczęściej kupują w Polsce mieszkania.

Oczywiście jest szansa, że się nie doczekam tych obniżek na cenach nieruchomości, bo np. ludzie z zagranicy zaczną więcej u nas kupować, albo sama nie wiem co jeszcze, ale osobiście wątpię, by to mogło zrekompensować 20-30% mniej ludzi w wieku w którym się normalnie kupuje mieszkanie i zaczyna życie „na swoim”. Jest więcej powodów dla których na razie trzymam się jak najdalej od kredytu hipotecznego, ale może to opiszę w osobnym poście.

„Psychologia inwestowania – tajemnica najlepszych inwestorów!” – Wiktoria Jaros, Karol Susicki

Ten wykład dotyczył tematu bardzo mi bliskiego i interesującego, czyli psychologii. W tym wypadku psychologii inwestowania. Prowadzony przez bardzo fajną i energetyczną parkę 🙂

Maxie DISC opinie Wiktoria Jaros Karol Susicki
Wpływ naszej osobowości na decyzje jakie podejmujemy przy inwestowaniu

O czym był wykład?

Wykład był tak naprawdę wprowadzeniem i promocją testu osobowości MaxieDISC i rekomendacji w oparciu o wynik tego testu dot. najlepszych sposobów inwestowania. Ten test osobowości jest tak naprawdę uproszczeniem typologi charakterów zapoczątkowanej przez Junga i opracowanej w formie testu osobowości przez Myers i Briggs (MBTI). Nie zdziwiłabym się, gdyby to był tak naprawdę test osobowości MTBI, ale tego nie wiem, bo nie zrobiłam sobie tego testu u nich :).

W typologii osobowości Myers-Briggs mamy osiem biegunów osobowości – Introwersję (I), Ekstrawersję (E), Poznanie (S), Intuicję (N), Myślenie (T), Odczuwanie (F), Osądzanie (J) i Obserwację (P). Każdy z nas gdzieś się plasuje pomiędzy tymi biegunami tworząc swój niepowtarzalny charakter.

Swoją drogą, czytałam kiedyś bardzo fajną książkę w podobnym klimacie do tego co robi Wiktoria i Karol. „Rób to do czego jesteś stworzony” autorstwa Paul D. Tieger, Barbara Barron-Tieger. W książce ta para rekomenduje zawody w oparciu właśnie o typologię osobowości Myers-Briggs. Programowanie nie jest rekomendowane dla mojego typu czyli ENFP, ale to żadna nowość dla mnie :).

W metodologii Wiktorii i Karola mamy uproszczoną wersję składającą się z czterech biegunów – Percepcji, Intuicji, Myślenia i Emocji. Każdy z typów dostał swoją literkę odpowiadającą polskiemu imieniu.

Jaki typ jest najbliższy mojej skromnej osobie? Odpowiedź znajdziecie na zdjęciu poniżej.

MaxieDISC opinie typy osobowości inwestowanie

Moje odczucia i refleksje

Mimo tego, że uznałam za odrobinę drażniące i dezorientujące odejście od nazewnictwa Myers-Briggs, sam wykład uważam za bardzo inspirujący i wartościowy. W ogóle praca, którą wykonuje Wiktoria i Karol, byłaby prawdopodobnie idealna dla mnie. Ze względu na zainteresowanie psychologią i ogromny pociąg do działalności, za pomocą której można inspirować innych i im pomagać.

To co dla mnie jako osoby o typie ENFP (a według tego ich uproszczenia I), czyli typie intuicyjnym, opierającym się na emocjach i obserwacji było chyba najbardziej wartościowe, to informacja, że takie osoby, też mogą odnaleźć swoją osobistą drogę w inwestowaniu i wcale nie muszą się naginać i stawać na siłę zimne i kalkulujące.

Pierwszy raz refleksję na ten temat miałam słuchając rozmowy Michała Szafrańskiego z Julią Burzyńską-Kaczyńską. Historia determinacji i pracowitości Julii jest inspirująca sama w sobie, natomiast to co mnie w tej rozmowie uderzyło to, że Julia, osoba ewidentnie bardzo żywiołowa, emocjonalna i skora do działania, przyznała, że swoje decyzje inwestycyjne podejmuje w dużej mierze na podstawie intuicji. Dla Michała, osoby spokojnej i potrzebującej przeanalizować każdy detal było to dość szokujące. A dla mnie to był pierwszy raz kiedy zobaczyłam, że taki typ charakteru, to nie kula u nogi i takie osoby też odnoszą sukcesy i to też jest droga, którą można podążać :). Oczywiście akurat w programowaniu ten mój typ osobowości bardziej przeszkadza niż pomaga, ale też w związku z takim a nie innym zawodem, od tych 7 lat pracuję nad tym by być mniej „w gorącej wodzie kąpana” :).

„Globalny krach czy inflacyjne wyjście z długów” – Trader21

Temat znany i wałkowany przez Tradera21 wielokrotnie na jego blogu independenttrader.pl. Niemniej miło posłuchać jak mówi o tym na żywo. Dużo ciekawych informacji i prognoz podpartych wykresami. Trader21 był chyba jednym z pierwszych, którzy zaczęli wieszczyć kryzys i krach na giełdzie, obecnie już w zasadzie jednomyślnie każdy mówi, że ten krach będzie i obecna, rekordowo długa, hossa dobiega końca.

To co wyniosłam z wykładu Tradera, to jeszcze raz przypomnienie jak oceniać czy dane akcje są przewartościowane czy nie i jak szukać perełek (wskaźniki C/Z i C/WK), sugestie by przyjrzeć się przemysłowi wydobywczemu i petrochemicznemu, który zaczyna się wygrzebywać z ogromnego dołka, oraz surowcom.

Bardzo cenna ciekawostka, na temat metali strategicznych oraz metali ziem rzadkich. 80% produkcji tych pierwszych i 90% produkcji drugich ma miejsce w Chinach i już zdarzyło się, że ceny tych walorów poszybowały w górę z powodu wojny politycznej między Chinami, a Japonią. Podobne zdarzenia są możliwe, z powodu narastającego napięcia na linii USA-Chiny.

independent trader metale ziem rzadkich metale strategiczne

Dzień 3 – rowerem przez Kraków

Pierwszy interesujący nas wykład był dopiero o 13:15, więc rano wypożyczyłam sobie rower miejski Vawelo (ciągle mam trochę bekę z tej nazwy) i objechałam centrum Krakowa wzdłuż i wszerz. Naprawdę fantastyczne są bulwary wiślane, wcześniej myślałam, że Kraków jest takim „ciasnym” miastem, w którym nie ma gdzie odetchnąć i się zrelaksować, a tutaj proszę :).

bulwary wiślane wawel kraków
Widok na Wawel z Bulwarów jest naprawdę piękny mimo niedopisującej pogody

Myślę, że Kraków mógłby mi się naprawdę podobać, gdyby nie to, że większość kamienic jest zaniedbana. W ścisłym rynku oczywiście są poodnawiane i piękne, jednak wystarczy tylko odjechać trochę dalej od Rynku Głównego i jest coraz gorzej. Każda kamienica jest inna i każda ma w sobie jakiś urok, jest wiele perełek architektonicznych. Jednak nie przesadzę jeśli powiem, że 70-80% z nich jest nieodmalowane lub wręcz są tak czarne, jakby okopcone, że nie widać jaki był oryginalnie kolor tynku.

W dzielnicy na której wynajmowaliśmy mieszkanko zdarzały się raz na jakiś czas odnowione, odmalowane kamienice… ale tylko z frontu. Widoczny drugi bok przedstawiał już gołe, okopcone cegły. Nawet nie robiłam zdjęć takim okazom, wolałam się skupić na miejscach, które wyglądały ładnie. Zdaję sobie sprawę, że utrzymywanie ładnego, świeżego koloru tynku niesie za sobą duże koszty. Jednak po prostu słaby stan elewacji budynków w Krakowie sprawia, że to miasto nie jest tak piękne jak mogłoby być. Być może trochę lepiej wygląda to w słoneczny dzień, ale przy szarej, deszczowej pogodzie te wszystkie okopcone lub obdrapane tynki tylko potęgują smętne wrażenie. Miłośnicy Krakowa mogą mnie za te słowa znienawidzić, trudno :D.

Kraków
Raczej smętny widok Krakowskich ulic, gdy słońca brak

Tego dnia były trzy wykłady, które bardzo mi się podobały i uważam je za bardzo wartościowe.

„Małym druczkiem – czego jeszcze nie wie początkujący inwestor” – Tomasz Jaroszek

Wykład, a może raczej prezentacja. Trochę bardziej na luzie, ale bardzo trafnie. Sporo było o błędach poznawczych przy inwestowaniu, co mnie zainspirowało do napisania na blogu cyklu postów opisujących właśnie każdy z tych błędów poznawczych z osobna. Oczywiście w szerszej życiowej perspektywie, nie tylko z punktu widzenia inwestowania. Temat myślę, że bardzo ciekawy :). Jeśli Ciebie też ten temat interesuje daj mi znać w komentarzu, zmotywuje mnie to do szybszego wcielenia tego pomysłu w życie. 

„Najsilniejsze układy Price Action” – Kacper Gawroński

Bardzo treściwy wykład, same konkrety :). Dużo rzeczy do zastosowania i przetestowania w praktyce.

„Jak wykorzystać luki, by zwiększyć skuteczność wejść?” – Maciej Goliński

Kolejny treściwy wykład, podejście do inwestowania na podstawie analizy statystycznej godne naśladowania. Na pewno będę zgłębiać ten temat i spróbuję zastosować w praktyce to co przedstawił Maciej Goliński. Inwestowanie wyłącznie na luki cenowe raczej nie warte świeczki, ale jako zaczątek do swojej przygody lub dodatek, być może.

Dzień 4

Planowaliśmy jeszcze przed wyjazdem wpaść do Muzeum Podziemia Rynku, jednak uznaliśmy, że ze względu na ogromny obszar jaki zajmuje to muzeum i mnogość atrakcji nie ma co tego robić w pośpiechu przed wyjazdem. To będzie pierwsza rzecz, jaką zobaczymy w Krakowie, kiedy przyjedziemy tu następnym razem :).

elwirra Alicja Rakowska

To wszystko ze wspomnień i wrażeń z naszego weekendu w Krakowie. Jeśli dotrwałeś/aś do końca, wysyłam dużo uśmiechu. Z pewnością przyjedziemy na kolejne edycje tego wydarzenia, naprawdę solidna dawka wiedzy i inspiracji. Chętnie przeczytam w komentarzach jakie są Twoje odczucia i zapatrywania na tematy, które poruszyłam. A może, też byłeś/aś na FxCuffs? Podziel się ze mną swoimi wrażeniami :).

Jak wyglądało nasze życie na Malcie?

Ostatnio pisałam o tym jak wyglądała nasza przeprowadzka na Maltę. Dzisiaj kontynuuję temat naszej maltańskiej przygody i napiszę trochę więcej o tym gdzie mieszkaliśmy i jak wyglądało nasze życie codzienne.

Zdecydowaliśmy się zamieszkać w okolicach St. Paul’s Bay, a dokładnie w Bugibbie. Jest to dość turystyczna, choć niewielka miejscowość na północy Malty. Poza sezonem liczy ok. 7 tyś mieszkańców, a w sezonie z 4-5 razy więcej.

Miejscowość w której mieszkaliśmy – St. Paul’s Bay, „dzielnica” Bugibba

My przyjechaliśmy w końcówce sezonu, więc mieliśmy jeszcze okazję zaznać zarówno niemiłosiernych upałów ponad 30*C i turystycznego klimatu naszej miejscowości jak i spokojnego i „wyludnionego” charakteru naszej miejscowości.

Bugibba to trochę taki tygiel narodowościowy, mieszka tam bardzo dużo imigrantów i mieszają się różne narodowości. Oczywiście najwięcej, poza Maltańczykami, jest Brytyjczyków i Włochów. Poza tym Węgrzy, Serbowie, Polacy, Chińczycy, sporo czarnoskórych, trochę arabów i nie mam pojęcia kto jeszcze.

Dla Brytyjczyków Malta to tani, słoneczny raj na spędzenie emerytury. Wszyscy mówią po angielsku, jest z 30-40% taniej niż w dużych miastach UK. Nic tylko się przeprowadzić i balować za hajs z brytyjskiej emerytury :). Z tego względu wszędzie jest mnóstwo brytyjskich pubów w których od rana do wieczora przesiadują emerytowani Brytole sącząc Guinessa.

Szukamy mieszkania

Od maja do września ceny wynajmu są znacznie wyższe. Oczywiście Maltańczycy chcą swoje zarobić na turystach, którzy w sezonie wynajmują kwatery. Mimo końcówki sezonu udało nam się wynająć duże, jasne i przewiewne mieszkanie za 450 euro + opłaty. Mieszkanie było co prawda za duże jak dla nas (3 pokoje i dwie łazienki), ale jako, że było w cenie 2x mniejszego, do tego w niezłym stanie, wynajęliśmy je i zostaliśmy w nim już do końca naszego pobytu.

Malta przeprowadzka wakacje
Rozpakowujemy rzeczy w naszej nowej sypialni

Te dodatkowe pokoje nam pasowały. Mogliśmy w nich zakwaterować u siebie znajomych i rodzinę kiedy nas odwiedzali :). Na początku mieliśmy też plany, by podnajmować te pokoje przez airbnb. W końcu zarzuciliśmy ten pomysł. Częściowo przez zapis w umowie zakazujący podnajmu (to akurat standard), częściowo przez dużą ilość pracy. To jest jedna z nielicznych rzeczy, których żałuję. Mogliśmy spróbować chociaż raz na próbę, a gdyby nam się spodobało na pewno byśmy mogli się dogadać z właścicielami. Nie dość, że byśmy trochę sobie dorobili to jeszcze poznali masę ciekawych osób. No ale trudno, może  jeszcze kiedyś zrealizujemy ten pomysł :)!

Co robiliśmy na Malcie?

W ciągu dnia oczywiście pracowaliśmy zdalnie. Na początku dość często robiliśmy sobie w ciągu dnia siestę i tak jak wszyscy szliśmy nad morze trochę popływać i się poopalać. Siesta na Malcie to rzecz święta i od około 12 do 14 (a czasem nawet do 16!) znalezienie otwartej restauracji czy sklepu graniczy z cudem. Za to sklepikarzy można spotkać nad morzem pływających i opalających się w najlepsze :).

Na początku było to dla nas denerwujące, bo właśnie w tym czasie chcieliśmy sobie wyjść do restauracji i zjeść obiad, a tu wszystko pozamykane. Możecie mi wierzyć, przemierzanie na głodniaka wyludnionego miasta w 30*C upale nie należy do najprzyjemniejszych czynności ;). W końcu jednak się poddaliśmy rytmowi Maltańczyków i przyzwyczailiśmy się, że do restauracji wychodzi się bardziej pod wieczór.

Po jakimś czasie uznaliśmy, że taka długa przerwa w ciągu dnia rozbija nam dzień (potem trudno było z powrotem się skupić na pracy i smutno było kończyć późnym wieczorem), więc wychodziliśmy zaznać trochę słonka dopiero po pracy. Było to też dodatkowym motywatorem by wcześniej zacząć i szybko się uwinąć z zadaniami, bo słonko i morze czekają! 🙂

Malta wyjazd Bugibba St Paul's Bay
Plaża przy szkole w St. Paul’s Bay, jedyny piaszczysty skrawek plaży w naszej okolicy ;). Często tu przychodziliśmy

Wieczorami z początku często przesiadywaliśmy w pobliskim barze Mutley’s. Dawali dobre drinki i obsługiwał tam wyjątkowo serdeczny kelner :). Jednak najfajniejszym barem w St. Paul’s Bay jest Harmony Kiosk. Niestety mieliśmy tam dość daleko (z 40min na piechotę) i jest czynny tylko w sezonie, więc byliśmy tam tylko RAZ. Jeśli będziecie w sezonie na Malcie w St. Paul’s Bay, koniecznie tam wpadnijcie.

Niesamowity klimat w kiosko-barze Harmony

Klimat miejscówki tworzą lampki LED, którymi właściciele owinęli drzewka, tworząc baaardzo nastrojowe oświetlenie. Do tego przyjemna muzyka na żywo, naprawdę niezwykle relaksujące miejsce.

Sporo też spacerowaliśmy, zwłaszcza wieczorami. Stosunkowo niedaleko (z 30 min na piechotę) mieliśmy duży park im. Kennedy’iego. Wracaliśmy okrężną drogą nad morzem napawając się widokami.

Malta Bugibba Kenndy Park
Trakt prowadzący do parku przez niezagospodarowane zielone tereny 🙂 Bardzo sympatyczne miejsce

 

Qawra Malta spacery wakacje wyjazd
Wracamy do domu z parku 🙂 tutaj akurat Qawra (dzielnica St. Paul’s Bay)

Uroki pracy zdalnej

Często robiłam tak, że pół dnia pracowałam z domu, a drugie pół z kawiarni. Niestety moje miejsce do pracy było bardzo niewygodne – pracowałam w kuchni siedząc na zwykłym stołowym krześle, co niestety bardzo mocno się odbiło na moim kręgosłupie.

Skoro siedziało mi się niewygodnie w domu, nie miałam większych wymagań co do miejsca do pracy w kawiarnii. Najczęściej chodziłam do pobliskiego Time Out, gdzie mieli dobrą kawę, a czasem się wybierałam trochę dalej nad wodę do miejscówek z pięknym widokiem. Niestety im ładniejsze miejsce tym droższa i mniej smaczna kawa, dlatego zwykle jednak zostawałam w „Time Out” w którym widok był przeciętny, za to kawa tania i dobra. Nikt się też tam nie dziwił, że siedzę kilka godzin z komputerem, natomiast w tych bardziej „plażowych” barach budziło to trochę większe zdziwienie :).

 

Co najmilej wspominam z Malty?

Odwiedziny rodziny i znajomych

Zdecydowanie najfajniejszy był czas, kiedy odwiedzała nas rodzina i znajomi. Sami raczej nie zwiedzaliśmy za dużo poza naszą najbliższą okolicą, wychodząc z założenia, że pozwiedzamy razem z osobami, które nas odwiedzą. Podczas tych odwiedzin najbardziej wypoczęliśmy, wynajmowaliśmy zwykle sobie auto i zjeździliśmy całą wyspę wzdłuż i wszerz.

Zachody słońca

Bardzo miło też wspominam niemal codzienne oglądanie zachodów słońca nad morzem i przesiadywanie w małym porcie rybackim w naszej miejscowości oraz wygrzewanie się na słońcu. Zachody słońca na Malcie są niesamowite. Każdy mnie zachwycał i każdego dnia wyglądał trochę inaczej. Jedna z nielicznych rzeczy, których mi brakuje tutaj w Warszawie :).

Malta St. Paul's Bay zachód słońca wyjazd wakacje
Żadne zrobione przez nas zdjęcia nie odzwierciedlają w pełni jak pięknie wyglądały te zachody słońca na żywo 🙂

Cappuccino

Kto mnie zna, wie, że nie za bardzo jestem miłośniczką kawy. O wiele częściej i chętniej pijam herbatę niż kawę. Jednak na Malcie piłam cappuccino codziennie, ponieważ było pyszne. Oczywiście tak jak wspomniałam zdarzały się miejsca, gdzie było słabe (zwykle te najbardziej turystyczne), jednak w znakomitej większości miejsc było świetne i tanie. Przeciętna cena za sporą filiżankę cappucino to 1-1.20 euro w St. Paul’s Bay.

Na dzisiaj już starczy wspomnień. W kolejnym wpisie z serii „Wspomnienia z Malty” napiszę o tym co nas zaskoczyło na tej słonecznej wysepce. Zarówno pozytywnie i negatywnie. Niewykluczone jednak, że najpierw pojawi się wpis o naszym czterodniowym wypadzie do Krakowa, na którym właśnie jesteśmy. Zobaczę jeszcze :).

A jak Ty spędzasz ten pierwszy, wiosenny weekend? 🙂 Napisz mi, jestem ciekawa :). 

Malta – spełnienie marzenia o mieszkaniu za granicą

We wrześniu 2015 roku przeprowadziliśmy się z moim chłopakiem, Cezarym, na słoneczną Maltę (a niecały rok później wróciliśmy do Polski, ale o tym napiszę później). Pragnienie przeprowadzenia się za granicę, najchętniej do cieplejszego klimatu towarzyszyło mi od liceum. Możliwość pracy zdalnej (oboje z Cezarym pracujemy jako programiści) oraz totalne znużenie polską jesienią i zimą sprawiło, że zdecydowaliśmy – wyprowadzamy się!

Dlaczego akurat Malta?

Najpierw było pragnienie przeprowadzki, spróbowania życia w innym kraju, dopiero później decyzja jaki to będzie kraj. Maltę wybraliśmy zdroworozsądkowo :). Przemówiły do nas:

  • urzędowy język angielski
  • relatywna bliskość do Polski (2,5h lotu, ta sama strefa czasowa)
  • 300 słonecznych dni w roku

Brzmiało to bardzo kusząco, nie pozostało nic innego jak wybrać się tam na krótkie wakacje by sprawdzić czy nam się tam podoba oraz czy chcemy tam żyć.

Malta wakacje wyjazd
Pierwszy kontakt z Maltą podczas majówkowego pobytu 🙂 Godzina 8 rano, pusta plaża i śniadanie w barku nad zatoką

Pierwszy raz razem polecieliśmy na Maltę na majówkę 2014 :). Zatrzymaliśmy się w malowniczej miejscowości Mellieha i cudownie spędziliśmy tam czas, więc decyzja o przeprowadzce zapadła ostatecznie :).

Malta wczasy krajobraz
Malta wiosną 🙂 wszystko kwitnie

Przeprowadzka

Wyprowadzając się na Maltę, myśleliśmy że wyprowadzamy się na zawsze, albo na bardzo długi czas, więc pozbyliśmy się masy rzeczy. Praktycznie wszystko czego nie chcieliśmy lub nie mogliśmy zabrać (a zabieraliśmy ze sobą po jednym bagażu rejestrowanym Wizzair do 32kg) lądowało na OLX i ogłoszeniach o sprzedaży na facebooku.

To akurat był bardzo fajny krok, bo mieliśmy masę zbędnych rzeczy, których nie używaliśmy. Kiedy wróciliśmy do Polski co prawda okazało się, że niektórych rzeczy mogliśmy się nie pozbywać tylko zostawić na przechowanie w domu mojej mamy, ale były to pojedyncze przypadki, których teraz już nawet nie pamiętam.

Widok całego swojego „życia” zamkniętego w jednej wielkiej walizie 32kg robi wrażenie i budzi mieszanie uczucia. Z jednej strony ciekawość i ekscytacja w oczekiwaniu przed nieznanym, z drugiej strony smutek i nostalgia, że się opuszcza miejsce, do którego człowiek się przyzwyczaił.

Wieczór przed odlotem spędziliśmy na ważeniu toreb i decydowaniu co bierzemy, a co zostawiamy żeby się zmieścić w limicie wagi. Oczywiście okazało się, że mimo pozbycia się większości rzeczy nie mieścimy się w tych 32 kg na osobę i trzeba dokonać ciężkich wyborów. Poszliśmy spać nie będąc do końca pewnymi czy mieścimy się w limicie wagi, bo ważyliśmy te wielkie torby na zwykłej wadze łazienkowej :D.

Nigdy nie zapomnę miny kierowcy taksówki, gdy wytoczyliśmy się z bloku o 4 nad ranem, zaspani, z wielkimi torbami mogącymi pomieścić człowieka. Ledwo udało się je zmieścić w zdezelowanym sedanie, który po nas podjechał (zamawiamy tylko najtańsze taxi, więc klasa tych aut jest jaka jest). Jakoś się udało, jedna w bagażniku druga na tylnych siedzeniach a ja gdzieś tam obok między szybą a walizką. Kierowca patrzy na nas podejrzliwie 🙂

„Gdzie lecicie?”
„Na Maltę”
„A na długo?”
„Na pół roku”
„Na prawdę na pół roku? A ja już myślałem, że kobieta się spakowała na dwutygodniowe wczasy

Ludzie na lotnisku w kolejce do odprawy też patrzyli na nas dziwnie kiedy przemierzaliśmy lotnisko z naszym życiowym dorobkiem zamkniętym w dwóch ponadwymiarowych walizach. Mnie moja walizka wykolejała na zakrętach i ledwo dawałam radę ją ciągnąć.

Później przy samej odprawie okazało się, że moja walizka odrobinę przekracza wagę 32kg i na oczach całej kolejki musiałam otworzyć swoje skarby i przełożyć do bagażu podręcznego kilka książek do nauki chińskiego, których oczywiście nie mogłam zostawić w Polsce (o nauce chińskiego też na pewno coś napiszę) :D.

Malta st. pauls bay bugibba wakacje
Pierwszy dzień po przylocie we wrześniu 🙂 pogoda nie dopisuje, ale zwiedzamy okolicę

Kwestia bagażu podręcznego podczas tego lotu to kolejny przypał-nie-przypał, bo teoretycznie Wizzair pozwala mieć przy sobie tylko jeden bezpłatny bagaż podręczny o ściśle określonych wymiarach. Ja miałam oczywiście wypchany do granic możliwości przepisowy bagaż podręczny, wielką wypchaną na maksa torebkę damską dorównującą niemal rozmiarem temu bagażowi podręcznemu i nerkę z dokumentami, portfelem i telefonem. Ważyło to zresztą strasznie dużo (myślę, że 20kg minimum jak nie 25-30), bo w bagażu podręcznym wylądowały wszystkie ciężkie rzeczy, żeby bagaż rejestrowany zmieścił się w limicie wagi.

Myślę, że od niewygodnych pytań i dopłacania za ten dodatkowy bagaż podręczny uchroniło nas tylko to, że byliśmy spóźnieni przez szukanie miejsca gdzie można nadać gabaryty (tak, kazali nam nadać walizkę Czarka w okienku do wielkich gabarytów). Wywoływali nas już przez interkom, więc w pośpiechu tylko sprawdzili bilety i nie przyglądali się czy wielkości naszych bagaży podręcznych są regulaminowe czy nie. Uff 🙂

Malta morze wakacje

Tak wyglądał nasz najbardziej nietypowy lot w życiu :). Na lotnisku na Malcie już o wiele mniej ludzi dziwiły nasze wielkie torby i przyjechaliśmy szczęśliwie do mieszkania tymczasowego, które zresztą wynajmował nam pracujący na Malcie Polak :).

Na dzisiaj już chyba wystarczy opowieści :). Nie chcę Cię zanudzić postem-tasiemcem. W kolejnych postach z pewnością napiszę o tym jakie są ceny na Malcie, jak wyglądało nasze życie codzienne, co mi się podobało, a co mnie zawiodło no i oczywiście dlaczego wróciliśmy :).

Gdzie Ty byś chciał/chciała się przeprowadzić? Jakie miejsca na ziemi są dla Ciebie najbardziej kuszące? A może już mieszkasz w wymarzonym miejscu? Napisz mi w komentarzu, chętnie się dowiem :).

Nie wal głową w mur

Ile razy obiecujemy sobie, że zmienimy coś w swoim życiu. Od jutra biegam 3 razy w tygodniu. Od jutra wstaję codziennie o godzinę wcześniej, o 6:30, bez wyjątków! Od jutra nie jem po 18. Ile razy łamiemy tą obietnicę czasem po kilku dniach, czasem nawet po kilku tygodniach i z uczuciem porażki oraz odrobiny wstydu poddajemy się, by za jakiś czas znów z pełnym przekonaniem powiedzieć sobie „Od jutra biegam 3 razy w tygodniu!”.

Przez wiele lat tkwiłam w tej pułapce, obiecując sobie wciąż to samo i nie poświęcając nawet jednej dłuższej chwili na analizę co poszło nie tak. W niektórych sferach udało mi się to przełamać, w innych wciąż łapię się na popełnianiu tych samych błędów. Łatwo sobie powiedzieć, że nie wyszło, bo mieliśmy za mało silnej woli, bo zabrakło czasu, bo straciliśmy motywację. Nie wiedzieć czemu, za każdym razem wierzymy, że tym razem będziemy mieć masę silnej woli, czasu i motywacji.

Elaine Li
fot. Elaine Li @ unsplash.com

Prawda jest taka, że nie będziemy mieć. Będziemy mieć tyle samo siły woli, tyle samo, lub nawet mniej czasu i tyle samo motywacji. Nic się nie zmieni w tym temacie. Nie znaczy to jednak, że nasze marzenia o zmianie stylu życia należy skryć głęboko w szafie i o nich zapomnieć. Nie, nie musimy się jeszcze godzić z szarą rzeczywistością.

Weź pod uwagę punkt, z którego startujesz

Stanięcie twarzą w twarz z faktem, że nie zmienimy się z dnia na dzień, że nie staniemy się nagle super herosami o nadprzyrodzonej sile woli i motywacji jest w rzeczy samej uwalniający. Odsłaniający drogę prowadzącą tam gdzie chcemy dotrzeć. Zaakceptowanie naszych własnych ograniczeń i ograniczeń punktu z którego startujemy zmusza nas do zastanowienia się co poszło ostatnio nie tak. Pomyślenia nad tym, co można zmienić by się udało. Nie zadowolimy się prostym „tym razem bardziej się postaram”. Musimy pokopać głębiej, by zrozumieć co możemy zrobić dysponując naszymi ograniczonymi zasobami czasu, woli i energii.

puzzle-592803_1920_fotor

Czy to co chcesz zrobić pasuje do Twojej obecnej układanki?

Lubię myśleć o procesie samodoskonalenia, rozwoju osobistego jak o układaniu puzzli. To kim jesteśmy obecnie wyobrażam sobie jako już ułożoną część układanki, na której maluje się jakiś obrazek. Niepełny jeszcze, niedokończony. Jeśli jesteśmy młodzi, nie widać nawet jeszcze, co na tym obrazku będzie, nie widać w jakiej będzie tonacji kolorystycznej. Jeśli trochę już żyjemy, wyłania się już charakter obrazka, jest zdefiniowana kolorystyka. Zbyt często chcemy zupełnie odciąć się od tego co już zdołaliśmy przez te lata ułożyć i układać coś zupełnie nowego. To nie wyjdzie, musimy zaakceptować to kim jesteśmy tu i teraz, obraz który teraz przedstawia nasza układanka. Nawet jeśli nam się nie podoba, musimy zacząć z tego punktu. Kolejne puzzle, które dokładamy, muszą choć trochę pasować do obecnych, by zostać z nami na dłużej i nie odpaść przy pierwszym trudniejszym momencie.

Jeśli w dniu dzisiejszym prowadzimy wybitnie siedzący tryb życia, obiad jadamy w KFC lub McDonaldzie, a na kolację zajadamy tabliczkę czekolady nie staniemy się nagle dzikami siłowni wcinającymi trzy razy dziennie jarmuż z tofu. To nie jest nasza układanka. Bez względu na to jak bardzo nam się wydaje atrakcyjna. W żadnym stopniu nie pasuje do tego kim teraz jesteśmy, nie ma żadnych punktów wspólnych. Puzzle które próbujemy na siłę przyczepić nie będą się trzymać, a nam rychło zabraknie sił, by udawać, że jest inaczej.

Mała zmiana, to solidny początek wielkiej zmiany

Codzienne 15 minutowe spacery z pracy, albo zastąpienie KFC, raz w tygodniu na coś nieco zdrowszego ma szansę zadziałać. To są pierwsze kroki na naszej drodze do zmiany charakteru układanki, do wyłonienia z niej nowego obrazu. 15 minutowy spacer nie jest czymś co zburzy to kim dotychczas byliśmy, czymś co zaprzecza naszemu stylowi życia. Nie jest to coś do czego trzeba się nadzwyczajnym wysiłkiem zmuszać. Owszem, jak każda zmiana wymaga pewnego wysiłku i siły woli, ale jest to realne i nie wymaga postawienia całego życia do góry nogami. Nie jest to zmiana tak wyczerpująca, że będziemy potrzebowali wrócić do starych nawyków, by od niej odpocząć.

I dlatego to działa.

Za jakiś czas, gdy krótkie spacery staną się częścią naszego stylu życia możemy uznać „Kurczę, w sumie to dobrze się czuję jak się ruszam na świeżym powietrzu, może wyjdę sobie na rower raz w tygodniu”.

I w ten właśnie sposób można trwale zmienić swój styl życia. Metoda takiej stopniowej zmiany nazywa się „Kai zen” – metoda małych kroków. W ten sposób w stosunkowo krótkim czasie (kilku do kilkunastu miesięcy) można zmienić swoje życie w danej dziedzinie. Oczywiście wymaga to czasu, na efekt, którego pragniemy musimy poczekać. Jeśli przez kilka, kilkanaście lat żyliśmy w dany sposób, nie zmienimy tego z dnia na dzień. Nie ważne jak mocno będziemy tego pragnąć, próbując sforsować mur ewidentnie zbyt wysoki, nie ruszymy się na przód ani o krok. Będziemy tkwić dalej w tym samym punkcie z frustracją i bólem głowy na dokładkę.

Stosunkowo łatwo nam idzie planowanie rzeczy gdy ograniczenia są proste i namacalne. Nie będziemy deklarować, że pokonamy dystans 500 km w godzinę mając do dyspozycji tylko auto jako środek transportu. Wiemy, że jest to po prostu nie możliwe. Jednak pogodzenie się z istnieniem identycznych ograniczeń w sferze zmian życiowych dla wielu z nas jest niebywale ciężkie. Pragniemy zmian szybkich i widocznych. Jednak jeśli spojrzymy na nasze dotychczasowe starania, widać wyraźnie, że droga na skróty owszem, może się zdarzyć, ale niezwykle rzadko.

alessio-lin-141234.jpg
fot. Alessio Lin @ unsplash.com

Co zrobić?

Przygotować się na długą, aczkolwiek niezwykle miłą, satysfakcjonującą podróż składającą się z małych kroczków. Odpuścić sobie marzenia o drodze na skróty i osiągnięciu tego, co niemożliwe. Czas i tak upłynie, a już za rok możesz cieszyć się z trwałych zmian w swoim stylu życia jeśli tylko zaczniesz już teraz od małych, malutkich zmian, które można łatwo wpasować do Twojej obecnej, życiowej układanki :).

Co dla Ciebie będzie takim pierwszym krokiem? Jaką sferę życia pragniesz usilnie zmienić? Co możesz zrobić już teraz by element nowego stylu życia wpleść w obecny? Napisz mi w komentarzu, jestem szalenie ciekawa :).

W kolejnych wpisach postaram się opisać zmiany, które udało mi się wprowadzić w życie właśnie tą metodą, po kilkukrotnych próbach „walenia głową w mur”, oraz przeanalizować takie których jeszcze się nie udało. Jednocześnie mam nadzieję, że prowadzenie bloga będzie kolejną z rzeczy, które dołączą do tych udanych projektów i transformacji życiowych :).

 

Najtrudniejszy pierwszy wpis

Pierwszy wpis, nigdy nie wiadomo jak zacząć, co napisać :). Ponowne założenie bloga chodziło mi po głowie już od roku. Nie chciałam się śpieszyć z tą decyzją, ze względu na to, że wcześniej wielokrotnie porzucałam swoje blogi. Jednak potrzeba pisania i tworzenia jest we mnie na tyle silna, że postanowiłam spróbować ponownie.

Postaram się, żeby ten blog był jak najbardziej autentyczny, oddawał to kim jestem i towarzyszył mi „w drodze do realizacji marzeń”. Patrząc wstecz widzę, że całkiem sporo już przebyłam i to mi daje siłę i motywację by dalej działać :). Wierzę, że osiągnięcie wymarzonego życia jest możliwe, trzeba tylko odpowiednio dużo pracy włożyć w urzeczywistnienie tych marzeń :).

Do zobaczenia wkrótce :).